- Kategorie:
- 1-50.992
- 101-150.107
- 151-200.9
- 201-250.5
- 301-350.2
- 351-400.1
- 51-100.604
- deszcz.36
- leżący śnieg.14
- mgła.16
- mokro.31
- mżawka.12
- po zmroku.127
- pochmurno.268
- słonecznie.352
- śnieg.18
- trenażer.5
#22 | Wieczorny wypad przy pełni Księżyca
Wtorek, 26 marca 2013 | dodano: 26.03.2013
Na dzisiejszą trasę założyłem nowy napęd - nowa kaseta, łańcuch z jeszcze nowszą spinką i nowa tarcza 44z na blacie.
Wyjechałem ok. 19.30. Początkowo plan był taki, żeby jechać gdzieś główną, bardzo główną trasą, na której nie będzie już śniegu, lodu, a przede wszystkim wody z całodziennych roztopów. Miała to być trasa K92 na Poznań. Ale po sprawdzeniu prognozy i kierunku wiatru, postanowiłem udać się do Witkowa, ale z możliwością rezygnacji z tej trasy, gdyby warunki na niej nie pozwalały na w miarę sensowną jazdę. Okazało się, że asfalt był czysty, znikome kałuże już zdążyły zamarznąć, więc trasa była bardzo przyjemna. Dodatkowo oświetlał ją księżyc w pełni, więc było jeszcze milej. Wjechałem do Witkowa o 20:45, okrążyłem centrum i udałem się w drogę powrotną, choć po głowie chodziło mi pojechanie do Skorzęcina. Pora była jednak już późna, więc jednak dałem sobie z tym spokój. Droga powrotna była już z wiatrem, więc jechało się bardzo przyjemnie. Dojechałem do domu przed 22.
Temperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1175 (kcal)
Wyjechałem ok. 19.30. Początkowo plan był taki, żeby jechać gdzieś główną, bardzo główną trasą, na której nie będzie już śniegu, lodu, a przede wszystkim wody z całodziennych roztopów. Miała to być trasa K92 na Poznań. Ale po sprawdzeniu prognozy i kierunku wiatru, postanowiłem udać się do Witkowa, ale z możliwością rezygnacji z tej trasy, gdyby warunki na niej nie pozwalały na w miarę sensowną jazdę. Okazało się, że asfalt był czysty, znikome kałuże już zdążyły zamarznąć, więc trasa była bardzo przyjemna. Dodatkowo oświetlał ją księżyc w pełni, więc było jeszcze milej. Wjechałem do Witkowa o 20:45, okrążyłem centrum i udałem się w drogę powrotną, choć po głowie chodziło mi pojechanie do Skorzęcina. Pora była jednak już późna, więc jednak dałem sobie z tym spokój. Droga powrotna była już z wiatrem, więc jechało się bardzo przyjemnie. Dojechałem do domu przed 22.
Rower:Kross
Dane wycieczki:
42.87 km (0.00 km teren), czas: 02:02 h, avg:21.08 km/h,
prędkość maks: 38.10 km/hTemperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1175 (kcal)
#21 | Poranna mroźna wycieczka do lasu
Niedziela, 24 marca 2013 | dodano: 24.03.2013
Plan na dziś był taki, żeby wyjechać po 6:00, bo miało być -18. Było tylko -12, a przy takiej temp., a nawet niższej, już jeździłem, więc pospałem do 7:30 i wyjechałem ok. 8:30. Trasa ta sama co wczoraj - Marzelewo i dalej do Czerniejewa lasami. Bobiko odpadł, bo boli go szyja.
Piękne słoneczko od rana poprawiło trochę nastrój. Było jednak zimno - nadal -8 stopni. Trzeba było więc włączyć tryb "ninja" ;)

Między parkami, który zmierzałem w stronę lasu zaliczyłem pierwszy poślizg na cholernych lodowych koleinach. Oj, trzeba będzie dziś uważać...
Park pokonałem, potem wzdłuż zalewu ścieżką aż do Psar i dalej na Nowy Folwark. Przy wjeździe do lasu spotkałem 3 narciarki z pieskiem, szykujące się do wjazdu w las. W lesie piękne światło, idealne na zdjęcia.

Minąłem Marzelewo i udałem się w stronę leśniczówki. Po drodze zatrzymywałem się kilka razy na zdjęcia.



Widziałem też dziś paru biegaczy w lesie. Dojechałem do drogi asfaltowej Czerniejewo-Nekla i zawróciłem.
Droga wygląda na razie nieciekawie. Trudno chyba wyminąć się samochodom i równie trudno byłoby kierowcy samochodu wyprzedzić rowerzystę...

Spotkałem dziś tylko jedną sarnę, która postanowiła przebiec mi drogę.

Kawałek za Marzelewem odbiłem w lewo, na nową drogę i dojechałem aż do punktu czerpania wody. Tu tez zrobiłem kilka zdjęć...



... i chciałem pojechać na leśne rondo, ale tam już nie dało się ujechać, więc zrezygnowałem z tego pomysłu. Wróciłem tą samą drogą na główny leśny dukt, i dalej do Nowego Folwarku. Słońce już tak grzało, że na drogach lód i śnieg się stopił i zrobiły się małe rzeki i jeziora. Wzdłuż Wrześnicy pokonałem oba parki i udałem się przez osiedle na Kościuszki do drugiego lasu - Dębiny. Jechało się w miarę dobrze aż do ostatniego odcinka, którym chciałem okrążyć cały las. Tam na drogę wystawały gałęzie z drzew i krzaków, więc co chwilę trzeba było robić uniki, żeby nie zaliczyć batem w paszczę. W pewnym momencie droga się skończyła (mimo że na mapie była) i musiałem zawrócić. Tym razem jechałem drugą koleiną, co okazało sie złym pomysłem. Przypominało to jazdę torem bobslejowym - lodowa rynna o przekroju litery U. Wystarczyło odbić kierownicą o centymetr w lewo czy prawo i momentalnie był poślizg, mimo prędkości 7-8 km/h. Do tego jeszcze próby omijania zwisających na wyskości twarzy gałęzi... Oj trudne to było...
Wróciłem wybierając trasę koło PEC-u, żeby nie jechać ulicą Kościuszki, która zapewne już cała była zalana wodą z roztopów...
Temperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1091 (kcal)
Piękne słoneczko od rana poprawiło trochę nastrój. Było jednak zimno - nadal -8 stopni. Trzeba było więc włączyć tryb "ninja" ;)
Między parkami, który zmierzałem w stronę lasu zaliczyłem pierwszy poślizg na cholernych lodowych koleinach. Oj, trzeba będzie dziś uważać...
Park pokonałem, potem wzdłuż zalewu ścieżką aż do Psar i dalej na Nowy Folwark. Przy wjeździe do lasu spotkałem 3 narciarki z pieskiem, szykujące się do wjazdu w las. W lesie piękne światło, idealne na zdjęcia.
Minąłem Marzelewo i udałem się w stronę leśniczówki. Po drodze zatrzymywałem się kilka razy na zdjęcia.
Widziałem też dziś paru biegaczy w lesie. Dojechałem do drogi asfaltowej Czerniejewo-Nekla i zawróciłem.
Droga wygląda na razie nieciekawie. Trudno chyba wyminąć się samochodom i równie trudno byłoby kierowcy samochodu wyprzedzić rowerzystę...
Spotkałem dziś tylko jedną sarnę, która postanowiła przebiec mi drogę.
Kawałek za Marzelewem odbiłem w lewo, na nową drogę i dojechałem aż do punktu czerpania wody. Tu tez zrobiłem kilka zdjęć...
... i chciałem pojechać na leśne rondo, ale tam już nie dało się ujechać, więc zrezygnowałem z tego pomysłu. Wróciłem tą samą drogą na główny leśny dukt, i dalej do Nowego Folwarku. Słońce już tak grzało, że na drogach lód i śnieg się stopił i zrobiły się małe rzeki i jeziora. Wzdłuż Wrześnicy pokonałem oba parki i udałem się przez osiedle na Kościuszki do drugiego lasu - Dębiny. Jechało się w miarę dobrze aż do ostatniego odcinka, którym chciałem okrążyć cały las. Tam na drogę wystawały gałęzie z drzew i krzaków, więc co chwilę trzeba było robić uniki, żeby nie zaliczyć batem w paszczę. W pewnym momencie droga się skończyła (mimo że na mapie była) i musiałem zawrócić. Tym razem jechałem drugą koleiną, co okazało sie złym pomysłem. Przypominało to jazdę torem bobslejowym - lodowa rynna o przekroju litery U. Wystarczyło odbić kierownicą o centymetr w lewo czy prawo i momentalnie był poślizg, mimo prędkości 7-8 km/h. Do tego jeszcze próby omijania zwisających na wyskości twarzy gałęzi... Oj trudne to było...
Wróciłem wybierając trasę koło PEC-u, żeby nie jechać ulicą Kościuszki, która zapewne już cała była zalana wodą z roztopów...
Rower:Marvil
Dane wycieczki:
39.80 km (30.00 km teren), czas: 03:28 h, avg:11.48 km/h,
prędkość maks: 29.50 km/hTemperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1091 (kcal)
#20 | Mroźno, słonecznie - świetnie
Sobota, 23 marca 2013 | dodano: 23.03.2013
Ok. 13 zaświtał pomysł wyjazdu do lasu, żeby zaliczyć jeszcze trochę śniegu, mimo że już ogólnie wszyscy mamy go dość. Kontakt z Bobiko, który, jak się okazało, w tym samym momencie pomyślał o rowerze. Jednak musiał coś jeszcze zrobić w domu, więc wyruszyłem sam. Kierunek - las i Marzelewo. Gdy byłem w trasie Bobiko napisał, że chyba też zaraz wyjedzie. W stronę lasu pojechałem przez oba parki. Nad Wrześnicą, już za drugim parkiem, zaczął się trudny odcinek, bo nie było odśnieżone i na ziemi zalegała warstwa zmrożonego śniegu, podziurawiona stopami spacorowiczów. A że jechałem Marvilem, w którym nie mam amortyzatora, to dość mocno mną wytrzęsło. Dojechałem nad zalew, dalej wzdłuż niego ścieżką aż do Psar. Stamtąd asfaltem przez Nowy Folwark w kierunku Country Clubu i do lasu. W lesie od razu lepsze warunki. Odśnieżona, prawie idealnie równa nawierzchnia. Dojechałem do Marzelewa. Tam, już poza lasem, na odkrytym terenie, śnieg nawiany z pól tworzył fajne widoki na drodze. Postawiłem rower w zmrożonym śniegu, zrobiłem fotkę i pojechałem dalej, w kierunku Czerniejewa.

Tam okazało się, że droga była jeszcze lepsza. Wyglądało to tak, jakby przejechał tamtędy walec - w jedną i drugą stronę - tworząc dwa idealnie równie ślady. W połowie drogi, akurat gdy zatrzymałem się, żeby odczytać SMS-a, zobaczyłem po lewej stronie, w lesie, stado jeleni. Najpierw uciekały, ale po chwili, gdy przestałem się ruszać i zacząłem je obserwować, one też się zatrzymały i z uwagą mi się przyglądały. Piękne...
Gdy dojechałem do leśniczówki zadzwonił Bobiko i zaproponował spotkanie w Nowym Folwarku. Powiedziałem, że zapraszam do lasu, bo na pewno zdąży do niego wjechać nim ja wrócę z tego punktu.



Udałem się w drogę powrotną. Bobika spotkałem dopiero w Psarach, kawałek przed końcem lasu. Z powrotem pojechaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż zalewu, która okazała się zbyt trudna dla roweru Kuby, więc postanowił go prowadzić.
Tak wyglądała ta ścieżka:

Koło mostu kolejowego wyjechaliśmy na asfalt, dojechaliśmy do kościoła na Lipówce i tam się rozstaliśmy. Bobiko pojechał do domu, a ja, znów ścieżką i przez parki, do domu.
Temperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 762 (kcal)
Tam okazało się, że droga była jeszcze lepsza. Wyglądało to tak, jakby przejechał tamtędy walec - w jedną i drugą stronę - tworząc dwa idealnie równie ślady. W połowie drogi, akurat gdy zatrzymałem się, żeby odczytać SMS-a, zobaczyłem po lewej stronie, w lesie, stado jeleni. Najpierw uciekały, ale po chwili, gdy przestałem się ruszać i zacząłem je obserwować, one też się zatrzymały i z uwagą mi się przyglądały. Piękne...
Gdy dojechałem do leśniczówki zadzwonił Bobiko i zaproponował spotkanie w Nowym Folwarku. Powiedziałem, że zapraszam do lasu, bo na pewno zdąży do niego wjechać nim ja wrócę z tego punktu.
Udałem się w drogę powrotną. Bobika spotkałem dopiero w Psarach, kawałek przed końcem lasu. Z powrotem pojechaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż zalewu, która okazała się zbyt trudna dla roweru Kuby, więc postanowił go prowadzić.
Tak wyglądała ta ścieżka:
Koło mostu kolejowego wyjechaliśmy na asfalt, dojechaliśmy do kościoła na Lipówce i tam się rozstaliśmy. Bobiko pojechał do domu, a ja, znów ścieżką i przez parki, do domu.
Rower:Marvil
Dane wycieczki:
27.81 km (24.00 km teren), czas: 02:20 h, avg:11.92 km/h,
prędkość maks: 29.20 km/hTemperatura:-4.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 762 (kcal)
#19 | Zmagania z mroźnym wiatrem
Niedziela, 17 marca 2013 | dodano: 17.03.2013
Prawdę mówiąc wycieczki na dziś nie planowałem. Ale gdy obudziłem się i zobaczyłem piękne słońce, to zaczęła we mnie dojrzewać myśl o wyjeździe. Zacząłem od sprawdzenia kierunku i siły wiatru na dziś. Przy słabym wietrze zwykle jego kierunek nie jest dla mnie determinujący, jednak przy takiej prędkości jak dziś - 6-7 m/s - postanowiłem jechać pod wiatr, żeby powrót był z wiatrem w plecy. Dziś wiało z płd.-wsch., więc punktem docelowym stało się Borzykowo i potem już powrót do domu trasą 442. SMS do Bobiko czy jedzie, chwila ustaleń i mamy się spotkać na parkingu przy Stonce.
Przed wyjazdem musiałem poprawić ustawienie bloków pod butami, bo wczoraj założyłem nowe bloki, VP. Bloki Shimano, których używałem z pedałami Shimano, były z nowymi pedałami VP trochę luźne. Zamontowałem też kamerę w innym miejscu niż ostatnio - tym razem na lewej goleni. Przygotowałem sobie shota energetycznego, aparat foto, żeby uwiecznić dzisiejsze słoneczne krajobrazy i start.
Początek trasy wiódł ścieżką rowerową z Wrześni do Obłaczkowa. Tutaj jeszcze w niektórych miejscach leżał śnieg, a właściwie topiący się w dzisiejszym słońcu lód.

Gdy wyjechaliśmy z Obłaczkowa na otwarty teren, uderzył nas z lewej strony silny wiatr. I cała drogę do Miłosławia pokonaliśmy pochyleni na lewą stronę, walcząc z jego podmuchami. Ruch samochodowy, mimo niedzieli, był dość spory.



W Miłosławiu chwila na zakupy w Dino i można ruszać dalej.

Między Miłosławiem a Kozubcem było dużo gorzej, ale najgorsze miało nadejść - odcinek między Kozubcem a Mikuszewem, który pokonaliśmy pod wiatr. Termometr chwilę wcześniej, pod Dino, w słońcu pokazywał 14 stopni, na tym odcinku temp. spadła do 3 stopni, a odczuwalna to było jakieś minus 5, minus 8.

Przewiało mi czapkę z membraną przeciwiatrową, przewiało mi zimową kurtkę z membraną i neoprenowe pokrowce na buty. Masakra. Zatrzymaliśmy się i podziwialiśmy syberyjski krajobraz na polach...


Śnieg się topi - nadzieja na wiosnę?
Dalej było już trochę lepiej, ale i tak do samego Borzykowa prędkość nie przekraczała 16 km/h. Na pewnym odcinku tak masakrycznie wiało z prawej strony, że mieliśmy przed sobą małą zawieję.

W Borzykowie mieliśmy skręcić już na Wrześnię, ale bliska odległość od Warty - ok. 3 km - kusiła i postanowiliśmy wykorzystać piękne słońce na zdjęcia na moście nadwarciańskim. Tak więc koło Dakaru ;) zdecydowaliśmy, że pojedziemy jednak w prawo.

Niestety te 3 km porządnie nas wymęczyły, bo ten odcinek był też idealnie pod wiatr. Tym bardziej, że świetna ścieżka rowerowa między Borzykowem a Pyzdrami, którą zawsze jeżdżę, była kompletnie zasypana śniegiem i widać było na niej tylko ślady butów jednej lub dwóch osób. Widać od ostatniej śnieżycy nikomu nie chciało się tu chodzić pieszo czy jeździć rowerem...

Ale po drodze spotkaliśmy trzech wariatów na rowerach, podobnych do nas. Pozdrowiliśmy się wzajemnie. Jechali w przeciwną stronę.
W Pyzdrach na moście zmrożony śnieg. Ktoś zapomniał odśnieżyć.

Kilka chwil na zdjęcia i powrót.



Oj, jak dobrze poczuć wiatr w plecy. Można przycisnąć i usłyszeć w końcu szum opon na asfalcie zamiast szumu wiatru w uszach. Jazda jednak nie jest zbyt przyjemna, bo co chwilą trzeba omijać mega kałuże od roztapiającego się śniegu z chodników czy poboczy. Kawałek przed Borzykowem jechałem jako pierwszy, kilkadziesiąt metrów przed Bobikiem. Słyszę, że coś trąbi za mną. Odwracam się, a tam jakieś lawety go wyprzedzają i trąbią na niego. Spodziewam się więc, że zaraz będą trąbić na mnie. Widzę jadący z naprzeciwka samochód osobowy. Wyprzedza mnie pierwsza z lawet, ledwo zdąża schować się na swój pas przed tą osobówką z naprzeciwka. Zbliża się za mną druga lawet i słyszę, że baran trąbi na mnie, żebym mu zjechał z drogi, do rowu, bo on jedzie i nie ma zamiaru zwolnić. I pcha się na trzeciego. Osobówka z naprzeciwka zjeżdża dwoma kołami poza asfalt, żeby uniknąć czołówki z lawetą, a baran z lawety gna jak czołg, nie patrząc na nic. Jego numer rejestracyjny: PO 034YL. Zna ktoś palanta?
Kawałek dalej zatrzymaliśmy się na chwilę gimnastyki, bo Kubie zdrętwiały mięśnie. Ruszyliśmy dalej i do samej Wrześni dojechaliśmy znów z bocznym wiatrem, bo droga skręciła na północ.
Temperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1529 (kcal)
Przed wyjazdem musiałem poprawić ustawienie bloków pod butami, bo wczoraj założyłem nowe bloki, VP. Bloki Shimano, których używałem z pedałami Shimano, były z nowymi pedałami VP trochę luźne. Zamontowałem też kamerę w innym miejscu niż ostatnio - tym razem na lewej goleni. Przygotowałem sobie shota energetycznego, aparat foto, żeby uwiecznić dzisiejsze słoneczne krajobrazy i start.
Początek trasy wiódł ścieżką rowerową z Wrześni do Obłaczkowa. Tutaj jeszcze w niektórych miejscach leżał śnieg, a właściwie topiący się w dzisiejszym słońcu lód.
Gdy wyjechaliśmy z Obłaczkowa na otwarty teren, uderzył nas z lewej strony silny wiatr. I cała drogę do Miłosławia pokonaliśmy pochyleni na lewą stronę, walcząc z jego podmuchami. Ruch samochodowy, mimo niedzieli, był dość spory.
W Miłosławiu chwila na zakupy w Dino i można ruszać dalej.
Między Miłosławiem a Kozubcem było dużo gorzej, ale najgorsze miało nadejść - odcinek między Kozubcem a Mikuszewem, który pokonaliśmy pod wiatr. Termometr chwilę wcześniej, pod Dino, w słońcu pokazywał 14 stopni, na tym odcinku temp. spadła do 3 stopni, a odczuwalna to było jakieś minus 5, minus 8.
Przewiało mi czapkę z membraną przeciwiatrową, przewiało mi zimową kurtkę z membraną i neoprenowe pokrowce na buty. Masakra. Zatrzymaliśmy się i podziwialiśmy syberyjski krajobraz na polach...
Śnieg się topi - nadzieja na wiosnę?
Dalej było już trochę lepiej, ale i tak do samego Borzykowa prędkość nie przekraczała 16 km/h. Na pewnym odcinku tak masakrycznie wiało z prawej strony, że mieliśmy przed sobą małą zawieję.
W Borzykowie mieliśmy skręcić już na Wrześnię, ale bliska odległość od Warty - ok. 3 km - kusiła i postanowiliśmy wykorzystać piękne słońce na zdjęcia na moście nadwarciańskim. Tak więc koło Dakaru ;) zdecydowaliśmy, że pojedziemy jednak w prawo.
Niestety te 3 km porządnie nas wymęczyły, bo ten odcinek był też idealnie pod wiatr. Tym bardziej, że świetna ścieżka rowerowa między Borzykowem a Pyzdrami, którą zawsze jeżdżę, była kompletnie zasypana śniegiem i widać było na niej tylko ślady butów jednej lub dwóch osób. Widać od ostatniej śnieżycy nikomu nie chciało się tu chodzić pieszo czy jeździć rowerem...
Ale po drodze spotkaliśmy trzech wariatów na rowerach, podobnych do nas. Pozdrowiliśmy się wzajemnie. Jechali w przeciwną stronę.
W Pyzdrach na moście zmrożony śnieg. Ktoś zapomniał odśnieżyć.
Kilka chwil na zdjęcia i powrót.
Oj, jak dobrze poczuć wiatr w plecy. Można przycisnąć i usłyszeć w końcu szum opon na asfalcie zamiast szumu wiatru w uszach. Jazda jednak nie jest zbyt przyjemna, bo co chwilą trzeba omijać mega kałuże od roztapiającego się śniegu z chodników czy poboczy. Kawałek przed Borzykowem jechałem jako pierwszy, kilkadziesiąt metrów przed Bobikiem. Słyszę, że coś trąbi za mną. Odwracam się, a tam jakieś lawety go wyprzedzają i trąbią na niego. Spodziewam się więc, że zaraz będą trąbić na mnie. Widzę jadący z naprzeciwka samochód osobowy. Wyprzedza mnie pierwsza z lawet, ledwo zdąża schować się na swój pas przed tą osobówką z naprzeciwka. Zbliża się za mną druga lawet i słyszę, że baran trąbi na mnie, żebym mu zjechał z drogi, do rowu, bo on jedzie i nie ma zamiaru zwolnić. I pcha się na trzeciego. Osobówka z naprzeciwka zjeżdża dwoma kołami poza asfalt, żeby uniknąć czołówki z lawetą, a baran z lawety gna jak czołg, nie patrząc na nic. Jego numer rejestracyjny: PO 034YL. Zna ktoś palanta?
Kawałek dalej zatrzymaliśmy się na chwilę gimnastyki, bo Kubie zdrętwiały mięśnie. Ruszyliśmy dalej i do samej Wrześni dojechaliśmy znów z bocznym wiatrem, bo droga skręciła na północ.
Rower:Kross
Dane wycieczki:
55.78 km (0.00 km teren), czas: 03:44 h, avg:14.94 km/h,
prędkość maks: 40.20 km/hTemperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1529 (kcal)
#18 | Mroźny wieczór z gwiazdami
Sobota, 16 marca 2013 | dodano: 16.03.2013
Do dzisiejszego wyjazdu zmotywował mnie Bobiko, który jeździł dziś w dzień. Ja, jako nocny marek, zdecydowałem się na wyjazd po zmroku, po części też dlatego, że nie lubię jeździć po wodzie, a w ciągu dnia były dość konkretne roztopy sporych jeszcze ilości śniegu. Wieczorem przymroziło, temp. spadła do -3, potem w trakcie jazdy do -5, więc powoli zaczęło to wszystko zamarzać.
Wyjechałem około po 19.00 i skierowałem się na Poznań główną trasą K92. Wszechogarniające ciemności na tej trasie próbował rozświetlić sierp księżyca i widoczny jeszcze Orion, ale nie szło im za dobrze ;)
Gdy dojechałem do Podstolic, coś usłyszałem. Szuranie. Gdzieś obok, albo za mną. Na uszach miałem czapkę pod kask z membraną, która tłumiła trochę odgłosy, a drogę oświetlałem w tym miejscu punktową lampką. Najpier pomyślałem, że może odczepiła mi się torebka pod siodełkiem i spadła. Ale po chwili wyraźniejsze szuranie... albo jakiś bieg. Myślę sobie - cholera, no coś mnie goni. Po obu stronach las. Całkowicie ciemno. Włączyłem drugą lampę, mocniejszą i kątem oka dostrzegłem stado saren, które biegło kawałek za rowem, na skraju lasu, kilka metrów ode mnie. Cholerne zwierzaki, nieźle mnie przestraszyły ;)
Pojechałem dalej, aż do Siedlca. Tam zawróciłem trochę wcześniej, na krzyżówce. Krzyżówka oczywiście wyposażona w tzw. inteligentną sygnalizację, która za cholerę nie chce zobaczyć rowerzysty. W Brzeźnie jednak jest lepiej, bo tam, gdy samochód wyjeżdża z jednej strony głównej drogi i dostaje zielone światło, to zielone zapala się też z naprzeciwka. A w Siedlcu nie. Stałem więc jaki jak taki baran i czekałem aż ktoś wyjedzie z mojego kierunku. Ale było już dobrze po 20, a o tej porze mieszkańcy tej wsi pewnie nosów już z domów nie wystawiają. Musiałem więc skorzystać z przejścia dla pieszych, które na szczęście miało przycisk. Ale i tak po naciśnięciu go czekałem pewnie z 4 minuty aż dostanę zielone. No i w końcu ruszyłem w drogę powrotną. Niestety pod wiatr. Dalsza droga do domu obyła się bez przeszkód.
Temperatura:-5.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1153 (kcal)
Wyjechałem około po 19.00 i skierowałem się na Poznań główną trasą K92. Wszechogarniające ciemności na tej trasie próbował rozświetlić sierp księżyca i widoczny jeszcze Orion, ale nie szło im za dobrze ;)
Gdy dojechałem do Podstolic, coś usłyszałem. Szuranie. Gdzieś obok, albo za mną. Na uszach miałem czapkę pod kask z membraną, która tłumiła trochę odgłosy, a drogę oświetlałem w tym miejscu punktową lampką. Najpier pomyślałem, że może odczepiła mi się torebka pod siodełkiem i spadła. Ale po chwili wyraźniejsze szuranie... albo jakiś bieg. Myślę sobie - cholera, no coś mnie goni. Po obu stronach las. Całkowicie ciemno. Włączyłem drugą lampę, mocniejszą i kątem oka dostrzegłem stado saren, które biegło kawałek za rowem, na skraju lasu, kilka metrów ode mnie. Cholerne zwierzaki, nieźle mnie przestraszyły ;)
Pojechałem dalej, aż do Siedlca. Tam zawróciłem trochę wcześniej, na krzyżówce. Krzyżówka oczywiście wyposażona w tzw. inteligentną sygnalizację, która za cholerę nie chce zobaczyć rowerzysty. W Brzeźnie jednak jest lepiej, bo tam, gdy samochód wyjeżdża z jednej strony głównej drogi i dostaje zielone światło, to zielone zapala się też z naprzeciwka. A w Siedlcu nie. Stałem więc jaki jak taki baran i czekałem aż ktoś wyjedzie z mojego kierunku. Ale było już dobrze po 20, a o tej porze mieszkańcy tej wsi pewnie nosów już z domów nie wystawiają. Musiałem więc skorzystać z przejścia dla pieszych, które na szczęście miało przycisk. Ale i tak po naciśnięciu go czekałem pewnie z 4 minuty aż dostanę zielone. No i w końcu ruszyłem w drogę powrotną. Niestety pod wiatr. Dalsza droga do domu obyła się bez przeszkód.
Rower:Kross
Dane wycieczki:
42.06 km (0.00 km teren), czas: 02:05 h, avg:20.19 km/h,
prędkość maks: 37.70 km/hTemperatura:-5.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1153 (kcal)
#17 | Wieczorna wyprawa w śniegu po osie
Poniedziałek, 11 marca 2013 | dodano: 11.03.2013
Rano szczęka mi opadła - 10 cm śniegu, ledwo z domu wyszedłem, bo drzwi zasypane do wysokości pół metra. W ciągu dnia cały czas mróz i cały czas sypał śnieg, nie mogłem więc tak tego zostawić i po pracy wziąłem rower i postanowiłem zmierzyć się z naturą. Ściemniało się już, założyłem więc oświetlenie i udałem się w stronę lasu (Marzelewo). Po drogach jechało się tak ciężko, jak po plaży (śnieg z solą, grząski). W parku było już lepiej - równa warstwa ubita przez spychacz. Z pierwszego parku przejechałem do drugiego, w którym chodniki też były ładnie odśnieżone. Ale po wyjeździe z parku nie było już tak ładnie - sypki śnieg ubity tylko przez kilka butów. Dojechałem do zalewu i ruszyłem wzdłuż niego. Im dalej od tamy, tym głębszy śnieg. W niektórych miejscach śnieg sięgał do osi. Na szczęście niezawodna zwykle rzeźba bieżnika na moich oponach (kilkuletnie Kendy, niestety bez nazwy modelu, rzeźba ta sama co w legendarnych Panaracer Dart - przód i Panaracer Smoke - tył) nie zawiodła mnie i tym razem. Przód trzymał w miarę dobrze, a tył, napędowy, nie miał żadnego problemu z pchaniem roweru przez tony śniegu. Dojechałem do lasu prowadzącego do Marzelewa i tam podobnie jak w parku - warunki lepsze niż na publicznej drodze. Niestety do czasu. Im dalej w las, tym mniej cywilizacji. Odśnieżona nawierzchnia zmieniła się w kilka śladów opon w głębokim śniegu, a potem został już tylko ślad po dwóch nartach... Podążyłem jeszcze kilkaset metrów w głąb lasu, po czym zawróciłem. Wróciłem trochę inną drogą, niż ścieżka nad zalewem. Ogólnie - świetna przejażdżka. Kocham te opony :) Niestety, tylko na teren. Na asfalcie stawiają duży opór. Ale coś za coś.
Temperatura:-3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 454 (kcal)
Rower:Marvil
Dane wycieczki:
16.57 km (15.50 km teren), czas: 01:19 h, avg:12.58 km/h,
prędkość maks: 25.70 km/hTemperatura:-3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 454 (kcal)
#16 | Ostatni dzień ładnej pogody
Środa, 6 marca 2013 | dodano: 06.03.2013
Miałem dziś jeździć z Bobiko, jednak z powodu jego wczorajszej awarii dzisiejszy wyjazd miał być opóźniony, a jako że dziś ostatni dzień ma być ładna pogoda, postanowiłem ten czas maksymalnie wykorzystać. Wyjechałem krótko po zachodzie słońca. Początkowo miała to być trasa Czerniejewo-Nekla, jednak wiatr zmienił kierunek i najkorzystniej było udać się w innym kierunku. Wybrałem więc Strzałkowo, a po nim Witkowo. Powrót miał być z wiatrem.
Na drodze do Strzałkowa sznury samochodów... W Strzałkowie to samo. Zdaje się, że wybrałem porę powrotu ludzi z pracy do domów. Dopiero gdy wyjechałem ze Strzałkowa, zrobiło się cicho. Zrobiło się też ciemno. W okolicach Ostrowa Kościelnego zaczał krążyć nade mną wojskowy transportowiec. Nic dziwnego - w końcu parę kilometrów od tego miejsca znajduje się wojskowe lotnisko w Powidzu.
Drogą 260 dojechałem do Witkowa, zrobiłem sobie tam mały objazd przez miasto i skierowałem się na Wrześnię. Tutaj było już z wiatrem, który był dość słaby, jednak czuć było różnicę między tym odcinkiem, a poprzednim. Można było mocno docisnąć. Aż sam się zdziwiłem skąd miałem jeszcze tyle sił w nogach. 3-4 km za Witkowem na odcinku całkowicie zaciemnionym, bez jakiejkolwiek latarni czy świateł domów, stanąłem sobie, wyłączyłem przednią lampę i podziwiałem niebo. Piękne... Malowniczy Orion robi wrażenie. Po chwili ruszyłem dalej, przejechałem przez Malenin i wjechałem na kolejny, smoliście ciemny odcinek. Po kilku km zadzwonił do mnie Bobiko i powiedział, że wyjeżdża z domu i żebyśmy spotkali się na rynku. Ja zaproponowałem jednak, żeby wyjechał mi na spotkanie, bo właśnie wracam z Witkowa. Ruszyłem dalej. Zatrzymałem się ponownie przez Grzybowem, gdzie teren był bardziej odkryty i jeszcze ładniej było widać niebo. Znów podziwiałem Oriona i Plejady. Po tej ostatniej już przerwie pojechałem do Wrześni, wypatrując Bobiko. Spotkałem go jednak dopiero na Witkowskiej. Chwilę porozmawialiśmy, odprowadził mnie do domu i sam udał się do swojego.
Muszę powiedzieć, że trochę zmyliło mnie dzisiejsze słońce i dość wysoka temp. w momencie gdy wyjeżdżałem - ok. 12 stopni. Pod kurtkę założyłem już cieńszą warstwę docieplającą, wziąłem wiosenne rękawiczki, nie założyłem czapki p.wiatrowej pod kask i pokrowców na buty. I to był błąd... Zmarzłem, bo temp. po zmroku spadła do 5 stopni.
Temperatura:6.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1574 (kcal)
Na drodze do Strzałkowa sznury samochodów... W Strzałkowie to samo. Zdaje się, że wybrałem porę powrotu ludzi z pracy do domów. Dopiero gdy wyjechałem ze Strzałkowa, zrobiło się cicho. Zrobiło się też ciemno. W okolicach Ostrowa Kościelnego zaczał krążyć nade mną wojskowy transportowiec. Nic dziwnego - w końcu parę kilometrów od tego miejsca znajduje się wojskowe lotnisko w Powidzu.
Drogą 260 dojechałem do Witkowa, zrobiłem sobie tam mały objazd przez miasto i skierowałem się na Wrześnię. Tutaj było już z wiatrem, który był dość słaby, jednak czuć było różnicę między tym odcinkiem, a poprzednim. Można było mocno docisnąć. Aż sam się zdziwiłem skąd miałem jeszcze tyle sił w nogach. 3-4 km za Witkowem na odcinku całkowicie zaciemnionym, bez jakiejkolwiek latarni czy świateł domów, stanąłem sobie, wyłączyłem przednią lampę i podziwiałem niebo. Piękne... Malowniczy Orion robi wrażenie. Po chwili ruszyłem dalej, przejechałem przez Malenin i wjechałem na kolejny, smoliście ciemny odcinek. Po kilku km zadzwonił do mnie Bobiko i powiedział, że wyjeżdża z domu i żebyśmy spotkali się na rynku. Ja zaproponowałem jednak, żeby wyjechał mi na spotkanie, bo właśnie wracam z Witkowa. Ruszyłem dalej. Zatrzymałem się ponownie przez Grzybowem, gdzie teren był bardziej odkryty i jeszcze ładniej było widać niebo. Znów podziwiałem Oriona i Plejady. Po tej ostatniej już przerwie pojechałem do Wrześni, wypatrując Bobiko. Spotkałem go jednak dopiero na Witkowskiej. Chwilę porozmawialiśmy, odprowadził mnie do domu i sam udał się do swojego.
Muszę powiedzieć, że trochę zmyliło mnie dzisiejsze słońce i dość wysoka temp. w momencie gdy wyjeżdżałem - ok. 12 stopni. Pod kurtkę założyłem już cieńszą warstwę docieplającą, wziąłem wiosenne rękawiczki, nie założyłem czapki p.wiatrowej pod kask i pokrowców na buty. I to był błąd... Zmarzłem, bo temp. po zmroku spadła do 5 stopni.
Rower:Kross
Dane wycieczki:
57.42 km (0.00 km teren), czas: 02:49 h, avg:20.39 km/h,
prędkość maks: 38.70 km/hTemperatura:6.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1574 (kcal)
#15 | Wieczorny objazd osiedli i okolic
Wtorek, 5 marca 2013 | dodano: 05.03.2013
Dzisiejszy wyjazd był zaplanowany razem z Bobiko - mieliśmy zamontować u niego i przetestować nowe oświetlenie. Pojechałem do niego ok. 18. Zrobiliśmy co trzeba (+standardowe ostatnio u niego przed każdą jazdą zdejmowanie kół i wymiana dętek ;)) i pojechaliśmy na objazd miejscowości koło Wrześni, potem zwiedziliśmy nowe osiedle we Wrześni przy ul. Słowackiego, a potem wrzesińskie TBS-y. Zahaczyliśmy o Kutrzeby i pogadaliśmy chwilę z kolegą Kuby. Ok. 21 udaliśmy się do domu. Po kilkudziesięciu minutach zadzwonił Kuba i poinformował mnie, że... jego koło właśnie zaliczyło mega-gwoździa. Nowiutka opona (notabene antyprzebiciowa)... No i musiał prowadzić rower do domu. Jutrzejsza wspólna wycieczka w wyniku tego albo się opóźni, albo nie dojdzie do skutku.
Temperatura:5.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 763 (kcal)
Rower:Kross
Dane wycieczki:
27.82 km (0.00 km teren), czas: 02:55 h, avg:9.54 km/h,
prędkość maks: 32.60 km/hTemperatura:5.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 763 (kcal)
#14 | Niby wiosennie, ale...
Poniedziałek, 4 marca 2013 | dodano: 04.03.2013
...odczucia jak w listopadzie. Przenikliwe zimno, mimo przecież słabego, a wręcz znikomego, w porównaniu z niedzielnym, wiatru. Zapach deszczu i wilgoci - nie wiem skąd, bo przecież niebo czyste i gwieździste, może z pól. Dym z kominów opadający na drogi i snujący się nisko nad ziemią też przywodził na myśl późny październik i listopad. Ogólnie - niezbyt przyjemnie się jechało.
Tym razem wyjechałem trochę później niż zwykle, bo do końca zastanawiałem się czy w ogóle jechać. Jednak żal mi było słonecznego, pogodnego dnia, tym bardziej, że mam przejechane ponad 1000 km mniej niż powinienem już mieć w tym momencie. Tak więc wybiła 18, pół godziny po zachodzie słońca, ale było jeszcze jasno. Skierowałem się trasą 92 na Poznań i dojechałem do Siedlca. Wydawało mi się, że wiatr był boczny, ale okazało się, że nie, gdy zawróciłem o 180 i skierowałem się tą samą drogą do domu - było już lekko pod wiatr. Dobrze, że wziąłem jednak ocieplacze na buty, bo temp. spadła już w tym momencie do zera. Dojechałem do domu bez przygód.
Temperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1212 (kcal)
Tym razem wyjechałem trochę później niż zwykle, bo do końca zastanawiałem się czy w ogóle jechać. Jednak żal mi było słonecznego, pogodnego dnia, tym bardziej, że mam przejechane ponad 1000 km mniej niż powinienem już mieć w tym momencie. Tak więc wybiła 18, pół godziny po zachodzie słońca, ale było jeszcze jasno. Skierowałem się trasą 92 na Poznań i dojechałem do Siedlca. Wydawało mi się, że wiatr był boczny, ale okazało się, że nie, gdy zawróciłem o 180 i skierowałem się tą samą drogą do domu - było już lekko pod wiatr. Dobrze, że wziąłem jednak ocieplacze na buty, bo temp. spadła już w tym momencie do zera. Dojechałem do domu bez przygód.
Rower:Kross
Dane wycieczki:
44.21 km (0.00 km teren), czas: 02:08 h, avg:20.72 km/h,
prędkość maks: 40.00 km/hTemperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1212 (kcal)
#13 | Pierwszy dłuższy wyjazd tego roku
Niedziela, 3 marca 2013 | dodano: 03.03.2013
Dzisiejszy wyjazd stał pod znakiem zapytania od wczoraj wieczora, gdy prognoza przewidywała opady śniegu od 5 rano do deszczu w godz. 7-10. Początkowo trasa miała prowadzić do Hermanowa, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez intetnetowych kolegów-rowerzystów. Poranna pobudka po 8, spojrzenie przez okno - hmm, dziwne. Śniegu nie ma, sucho, świeci słońce... Może coś będzie z tego wyjazdu. Rzut oka na prognozę - nadal możliwość opadów, jednak największe prawdopodobieństwo opadu o 10:00, a potem już tylko lepiej. Jednak cały czas miał wiać silny wiatr - 8 m/s do 6 m/s pod wieczór. Skonsultowałem sprawę z Bobiko i ustaliliśmy, że Hermanów opada z racji ułożenia tras tam wiodących w stosunku do kierunku wiatru. Z takim silnym wiatrem postanowiliśmy wybrać taką trasę, żeby po dużym wysiłku wracać dokładnie z wiatrem. Padło na Paczkowo i Biskupice, a powrót przez Promno i Pobiedziska.
Przygotowaliśmy więc prowiant, sprzęt i w drogę. Pojechałem po Kubę. Jednak zanim do niego dojechałem, byłem tak zmęczony, jakbym zrobił z 40 km. Jechałem pod wiatr z prędkością 15-17 km/h. Rozpacz...
Wyjechaliśmy jednak z nadzieją pokonania wiatru i planem awaryjnym skrócenia trasy w razie gdybyśmy jednak nie dali rady. Trasa wiodła przez Targową Górkę, następnie przecięcie A2, po czym władowaliśmy się na polną drogę - mokrą, błotnistą i gliniastą...


...a po wyjeździe z niej mieliśmy gliniane slicki zamiast opon terenowych. A ja akurat dzisiaj nie zabrałem przedniego błotnika, który i tak niewiele by dał, bo cała ta glina znalazła by się na łańcuchu. Zatrzymaliśmy się i mozolnie patykiem wydłubałem całą glinę z bieżnika...

Ruszyliśmy dalej, ale zapędziliśmy się w ślepą uliczkę, więc musieliśmy wrócić kilkaset metrów.
Potem był Giecz, alejka jabłkowa i Gułtowy. Stamtąd już do samego Paczkowa mozolny odcinek z idealnie w paszcze wiejącym wiatrem, choć i za Paczkowem nie było lepiej. Może i nawet trochę gorzej, bo od strony wiejącego wiatru mieliśmy szczere pola i nic nas nie chroniło przed podmuchami lodowatego wiatru.
Kościół w Paczkowie:

Ciekawostka - w Paczkowie widzieliśmy palanta w kabriolecie (przypominam - temp. powietrza wynosiła ok. 5 stopni, w słońcu 9). Przed zjazdem w stronę Biskupic zatrzymaliśmy się jeszcze na herbatę z termosu, a po zjeździe pokazałem Kubie fajne miejsce ze zbiornikiem wodnym, chyba po żwirowni.
Żwirownia zdobyta:




Ostatni podjazd i jesteśmy w Biskupicach - miejscu, gdzie skręciliśmy w prawo i rozpoczął się powrót do domu z wiatrem wiejącym w plecy. YEAH!!
Na pierwszym ze zjazdów przed Promnem postanowiłem ostro przyspieszyć, Kuba został za mną. Po zjeździe patrzę - wyprzedza mnie radiowóz. Pojechał. Dogonił mnie Kuba i mówi, że został za mną i zaczął sobie w czasie jazdy pisać SMS-a, a w tym momencie zrównał się z nim radiowóz ;) Policjant pokazał mu jednak tylko podniesiony kciuk, a radiowóz udał się za mną.
Tutaj widać jak jadą za mną:

Jak się okazało - jechali za mną gdy przekraczałem dozwoloną prędkość na ograniczeniu do 40 ;) (na zdjęciu powyżej widać to ograniczenie na znaku z prawej strony.
W centralnym punkcie widać mnie gdy osiągam najwyższą prędkość dzisiejszego dnia - 54,1 km/h:

W Promnie zatrzymaliśmy się nad jeziorem - najpierw na jednym ze zjazdów w kierunku tafli jeziora, przy którym ktoś postawił sobie... dom? Chyba dom, choć na pierwszy rzut oka wyglądało to jak obserwatorium astronomiczne, chyba na planie okręgu.

Potem wjechaliśmy w drugi, bardzo stromy zjazd do jeziora, w miejsce gdzie byłem w zeszłym roku, zrobiliśmy zdjęcia i obraliśmy kierunek na Pobiedziska.

Tam małe zakupy Kuby, problemy techniczne z jego aparatem słuchowym i jazda w stronę Wierzyc, gdzie obowiązkowo musieliśmy się zatrzymać na czerwonym dywanie - ścieżce rowerowej na wiadukcie nad trasą S5. Małe przekąski, założenie oświetlenia na tył i można ruszać w stronę Wrześni, do której dojechaliśmy około 18.
Rozstaliśmy się przed Małpim Gajem i udaliśmy do swoich domów.
Pojedynek WIATR:MY 0:1
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2585 (kcal)
Przygotowaliśmy więc prowiant, sprzęt i w drogę. Pojechałem po Kubę. Jednak zanim do niego dojechałem, byłem tak zmęczony, jakbym zrobił z 40 km. Jechałem pod wiatr z prędkością 15-17 km/h. Rozpacz...
Wyjechaliśmy jednak z nadzieją pokonania wiatru i planem awaryjnym skrócenia trasy w razie gdybyśmy jednak nie dali rady. Trasa wiodła przez Targową Górkę, następnie przecięcie A2, po czym władowaliśmy się na polną drogę - mokrą, błotnistą i gliniastą...
...a po wyjeździe z niej mieliśmy gliniane slicki zamiast opon terenowych. A ja akurat dzisiaj nie zabrałem przedniego błotnika, który i tak niewiele by dał, bo cała ta glina znalazła by się na łańcuchu. Zatrzymaliśmy się i mozolnie patykiem wydłubałem całą glinę z bieżnika...
Ruszyliśmy dalej, ale zapędziliśmy się w ślepą uliczkę, więc musieliśmy wrócić kilkaset metrów.
Potem był Giecz, alejka jabłkowa i Gułtowy. Stamtąd już do samego Paczkowa mozolny odcinek z idealnie w paszcze wiejącym wiatrem, choć i za Paczkowem nie było lepiej. Może i nawet trochę gorzej, bo od strony wiejącego wiatru mieliśmy szczere pola i nic nas nie chroniło przed podmuchami lodowatego wiatru.
Kościół w Paczkowie:
Ciekawostka - w Paczkowie widzieliśmy palanta w kabriolecie (przypominam - temp. powietrza wynosiła ok. 5 stopni, w słońcu 9). Przed zjazdem w stronę Biskupic zatrzymaliśmy się jeszcze na herbatę z termosu, a po zjeździe pokazałem Kubie fajne miejsce ze zbiornikiem wodnym, chyba po żwirowni.
Żwirownia zdobyta:
Ostatni podjazd i jesteśmy w Biskupicach - miejscu, gdzie skręciliśmy w prawo i rozpoczął się powrót do domu z wiatrem wiejącym w plecy. YEAH!!
Na pierwszym ze zjazdów przed Promnem postanowiłem ostro przyspieszyć, Kuba został za mną. Po zjeździe patrzę - wyprzedza mnie radiowóz. Pojechał. Dogonił mnie Kuba i mówi, że został za mną i zaczął sobie w czasie jazdy pisać SMS-a, a w tym momencie zrównał się z nim radiowóz ;) Policjant pokazał mu jednak tylko podniesiony kciuk, a radiowóz udał się za mną.
Tutaj widać jak jadą za mną:
Jak się okazało - jechali za mną gdy przekraczałem dozwoloną prędkość na ograniczeniu do 40 ;) (na zdjęciu powyżej widać to ograniczenie na znaku z prawej strony.
W centralnym punkcie widać mnie gdy osiągam najwyższą prędkość dzisiejszego dnia - 54,1 km/h:
W Promnie zatrzymaliśmy się nad jeziorem - najpierw na jednym ze zjazdów w kierunku tafli jeziora, przy którym ktoś postawił sobie... dom? Chyba dom, choć na pierwszy rzut oka wyglądało to jak obserwatorium astronomiczne, chyba na planie okręgu.
Potem wjechaliśmy w drugi, bardzo stromy zjazd do jeziora, w miejsce gdzie byłem w zeszłym roku, zrobiliśmy zdjęcia i obraliśmy kierunek na Pobiedziska.
Tam małe zakupy Kuby, problemy techniczne z jego aparatem słuchowym i jazda w stronę Wierzyc, gdzie obowiązkowo musieliśmy się zatrzymać na czerwonym dywanie - ścieżce rowerowej na wiadukcie nad trasą S5. Małe przekąski, założenie oświetlenia na tył i można ruszać w stronę Wrześni, do której dojechaliśmy około 18.
Rozstaliśmy się przed Małpim Gajem i udaliśmy do swoich domów.
Pojedynek WIATR:MY 0:1
Rower:Kross
Dane wycieczki:
94.25 km (2.00 km teren), czas: 07:11 h, avg:13.12 km/h,
prędkość maks: 54.10 km/hTemperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2585 (kcal)

