Rowerowy uziel75blog rowerowy

avatar uziel75

Informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(18)

Moje rowery

Marvil 2023 km
Santini 2609 km
Merida 45 km
Kross 48632 km
Kellys 39549 km
Esker 22563 km

Szukaj

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy uziel75.bikestats.pl

Archiwum

Linki

#162 | Skorzęcin, a jakże!

Niedziela, 20 października 2013 | dodano: 20.10.2013
Miałem dziś jechać w kierunku Poznania, ale w połowie wytyczania trasy zrezygnowałem i... wybrałem Skorzęcin. Pomyślałem, że przy tak ładnej pogodzie i przy niedzieli pewnie będzie tam dziś bardzo sympatycznie.
Nie byłem pewny temperatury. Niby termometry wskazywały 15 stopni, ale jakoś nie byłem do tego przekonany. Tym bardziej, że trochę wiało. Wziąłem kurtkę. No i po paru km okazało się, że to był błąd. No ale przecież nie będę wracał. Pojadę sobie spokojnie. No cóż, spokojnie jechać się nie dało, bo wiatr wiał w plecy, więc po kolejnych kilku km byłem już mokry ;)
Drogi były spokojne, prawie bez samochodów. No i ciepełko...



Dojechałem do Skorzęcina i pojechałem na molo. Skonsumowałem 2 batony. Po jakimś czasie dojechały 3 osoby na rowerach - jacyś turyści w wieku ok. 50-60 lat, dwóch mężczyzn i kobieta.




Zwinęli się wcześniej, a ja jeszcze posiedziałem na ławce kilka minut i podziwiałem ładne widoki. W końcu trzeba było się zebrać w sobie i ruszyć w drogę powrotną pod wiatr. Okazało się, że wiatr, mimo że silny, był niczym w porównaniu z czym innym, z czym musiałem się zmierzyć w drodze powrotnej. Z robactwem...
Dżizas!!! Ileż tego cholerstwa się pojawiło w powietrzu!!! Masakra... Najgorszy odcinek był za Witkowem, druga prosta w kierunku Wrześni. Czułem się jak pod ostrzałem z miniguna. Słyszałem uderzenia owadów w kurtkę, kask i okulary z taką częstotliwością, z jaką zderzałbym się z kroplami rzęsistej ulewy. Wszystko się na mnie ruszało - spodnie i kurtka były pokryte robactwem, pod kaskiem miałem ich kilkadziesiąt. Musiałem też zapiąć kurtkę, bo zabrałbym je wszystkie ze sobą. Po prostu ściana robactwa. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek w tym roku było tyle tego cholerstwa w powietrzu... I było tak prawie do samej Wrześni. Gdzieniegdzie było spokojniej, ale przez większość trasy trzeba było starać się oddychać przez nos, bo otwarcie ust wiązało się z przekąską. A walczyłem z wiatrem, więc oddychanie przez nos było dość trudne...
Gdy byłem przed Grzybowem zadzwonił bobiko. Poinformował że wyjeżdża z Wrześni i jedzie w moją stronę. Spotkaliśmy się w Gutowie i dojechaliśmy do Wrześni, zahaczając jeszcze o abc na Witkowskiej.
Rower:Kross Dane wycieczki: 61.88 km (0.00 km teren), czas: 03:17 h, avg:18.85 km/h, prędkość maks: 45.60 km/h
Temperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1648 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(3)

#160 | Pyzdry, Czeszewo, Miłosław - pierwszy dziś wyjazd

Sobota, 19 października 2013 | dodano: 19.10.2013
Poranna mgła na szczęście ustąpiła około 10, więc trzeba było wyjechać. Tym bardziej, że zapowiadał się słoneczny, choć zimny dzień. Wybrałem pętlę z Wrześni nad Wartę i powrót. Najpierw skoczyłem do Pyzdr. Jechałem pod wiatr. Z Pyzdr skierowałem się na Czeszewo przez Tarnową i Nową Wieś Podgórną. Było bardzo spokojnie i cicho.



No i kolorowo - słońce oświetlało żółto-pomarańczowe liście na drzewach. W Czeszewie standardowo odwiedziłem przystań promową, zjadłem batona i ruszyłem w kierunku Wrześni.



Powrót z Miłosławia do Wrześni miał być z wiatrem, bo miało niby wiać z południa, ale wiatr się z jakiegoś powodu zmienił i większość trasy powrotnej miałem z wiatrem bocznym. Przejeżdżając koło naszego nowego McDonalda zauważyłem, że na maszcie stoi już wielka żółta e"M"ka, a robotnicy zakładają zewnętrzne ocieplenie ścian. Ciekawe kiedy będzie można zjeść pierwsze jedzonko.
Rower:Kross Dane wycieczki: 59.46 km (0.00 km teren), czas: 02:49 h, avg:21.11 km/h, prędkość maks: 39.90 km/h
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1584 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#161 | Trójkąt - drugi dziś wyjazd

Sobota, 19 października 2013 | dodano: 19.10.2013
Zastanawiałem się czy wyjechać jeszcze pod wieczór. Z jednej strony chciałem dobić do setki dzisiaj, a z drugiej miałem ochotę na sobotnie lenistwo. Wybrałem jednak pierwszą opcję. Ciuchy po pierwszym wyjeździe jeszcze nie przeschły, więc trzeba było znaleźć drugi komplet.
Pojechałem na standardowy trójkącik. Było już po zachodzie słońca, gdy wyjechałem. Gdy byłem między Wrześnią a Czerniejewem na niebie, na razie dość nisko, pojawił się księżyc w pełni, otoczony przez drobne srebrzyste obłoki. Piękny widok. Przyświecał mi przez całą drogę. Na niektórych odcinkach, gdzie zwykle panują totalne ciemności, można było właściwie jechać bez przedniej lampy - tak było jasno od niego.
Do Czerniejewa jechałem z wiatrem, za Czerniejewem poczułem już na twarzy zimne podmuchy. Na szczęście za chwilę wjechałem między lasy, więc było spokojniej. Na trasie K92 panował spory ruch. Dojechałem do Wrześni, ale licznik kilometrów pokazywał, że do setki brakuje jeszcze kilku kilometrów, więc zrobiłem jeszcze jedną małą pętlę przez Dębinę do Bierzglinka i z powrotem do Wrześni.
W sumie wyszło dziś 102 km.
Rower:Kross Dane wycieczki: 42.80 km (0.00 km teren), czas: 02:01 h, avg:21.22 km/h, prędkość maks: 39.00 km/h
Temperatura:6.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1140 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#159 | Księżycowy zimny wieczór

Poniedziałek, 14 października 2013 | dodano: 14.10.2013
Czasem lubię zrobić jakąś zmianę w rowerze. Pomyślałem, że skoro teraz rzadziej będę śmigał po terenie, bo pora deszczowa, to założę sobie slicki, żeby wygodniej jeździć po asfaltach. Poświęciłem więc trochę czasu pod wieczór i przełożyłem opony. Zdążyłem wyjechać krótko przed zachodem słońca i wybrałem mój trójkąt. Zrobiło się dość chłodno, bo niebo się przeczyściło. Przyświecał też księżyc. Za Czerniejewem postanowiłem policzyć studzienki na nowym pasie asfaltu w kierunku Nekli - jest ich 18 na kilkusetmetrowym odcinku. I chyba 15 z nich przypada dokładnie pod prawym kołem jadącego samochodu. Brawa dla planistów...
Drogę między lasami do Nekli pokonałem przy włączonym mocniejszym świetle niż ostatnio, bo miałem na uwadze sarenki, które zaraz mogą się pojawić się na drodze. Tym razem jednak żadnej nie widziałem, choć słyszałem je po swojej prawej stronie, chodzące po lesie. Słyszałem, bo na slickach jest tak cicho, że teraz napęd wydaje się strasznie głośny, a wcześniej w ogóle nie było go słychać, bo zagłuszał go hałas bieżnika na asfalcie.
Śmignąłem przez Neklę, potem trasą K92 do Wrześni i prosto do domu.
Rower:Kross Dane wycieczki: 37.75 km (0.00 km teren), czas: 01:41 h, avg:22.43 km/h, prędkość maks: 36.50 km/h
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1005 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#158 | Licheń

Sobota, 12 października 2013 | dodano: 13.10.2013 Uczestnicy
Strasznie dziś wiało ze wschodu. Prognoza przewidywała, że będzie wiało cały dzień, z maksymalną prędkością w połowie dnia i że wiatr nie zmieni kierunku do samego wieczora. To idealne warunki na wycieczkę na wschód. Padło na Licheń, który miałem zdobyć niedawno, ale wtedy z powodu gęstej mgły do południa i późniejszego przez to wyjazdu, nie dojechałem na miejsce.
Dzisiejsza wycieczka miała się odbyć z bobikiem. Start miał być o 7, ale wyjechaliśmy ode mnie dopiero o 8 przez małe problemy logistyczne u bobika.
Pojechaliśmy w kierunku Ciążenia przez Gozdowo i Sokolniki, co spowodowało lekkie odbicie na południe od celu podróży i podejrzewam, że bobiko chciałby lekko zmodyfikować tę trasę, ale tędy rzadko jeżdżę i chciałem popatrzeć sobie na te tereny. A i w Ciążeniu chciałem odwiedzić dwa owczarki. Tego dnia i o tej porze jednak firma, której pilnują, była czynna, więc i pieski nie biegały po podwórku. Szkoda.
Od samego rana, mimo zapowiadanego zachmurzenia, nad nami było prawie czyste niebo i słońce coraz bardziej grzało. Trzeba było zdjąć nawet kurtkę, bo robiło się zbyt ciepło. Jednak w okolicach Samarzewa niebo zasnuło się jednolitą warstwą chmur i zrobiło się dużo mniej przyjemnie...
W Ciążeniu wyjechaliśmy na drogę główną Pyzdry-Golina. Zjechaliśmy z niej na chwilę na przystań promową nad Wartą, którą ostatnio minąłem podczas przejazdu tędy, ale nie odwiedziłem. Teraz chciałem jednak skorzystać z okazji.



Porozmawialiśmy chwilę z promowym i pojechaliśmy dalej. Zaczęła się prawdziwa walka z wiatrem, bo odcinek prowadził idealnie na wschód, a wiatr był coraz mocniejszy. Trzeba było więc chwilę odpocząć w Lądzie przy klasztorze.



Wjeżdżamy na teren klasztoru, a tu ogłoszenie:

Czy to aby odpowiednie miejsce na handel proszkami?

Gdy tu byliśmy, na chwilę wyszło słońce, oświetlając kolorowe drzewa wokół klasztoru. Postanowiliśmy odwiedzić przy okazji pobliski gród, w którym już obaj byliśmy kiedyś w poszukiwaniu kesza. Gród nadal sobie stoi, jednak stan niektórych chatek wskazuje, że opieka nad nimi jest raczej dość marna.



Zdjęcia sobie pstrykam ;)



Fajnie się stało i oglądało, ale przecież trzeba jechać dalej! Tyle km przed nami, a my tu sobie gadu gadu...
No więc kolejna walka z wiatrem, przejeżdżamy przez fajne miasteczko (albo i wieś) Lądek. Dalej cholernie dziurawy odcinek Dolany, Ratyń i Sługocin - mimo że połatany, to połatany moim znienawidzonym sposobem napylania na jezdnię drobin asfaltu i uklepywania ich chyba kijem od szczotki, bo łaty te wyglądają jak tarka - są poprzecznie pofalowane. Wszystkie co do jednej. Masakra...
Przejechaliśmy nad A2 i zaczęliśmy myśleć o jakimś postoju na śniadanie i ciepłą herbatę. Trzeba było znaleźć jakieś osłonięte od wiatru miejsce. Przez cały jednak ten odcinek były jednak albo domy po obu stronach, albo szczere pola, a których wiało jak na biegunie. W Myśliborzu wykręciliśmy w prawo pod jakiś kościół, który z daleka wyglądał jednak ciekawiej niż z bliska i nawet nie można było podjechać pod niego, bo teren był zamknięty. Wróciliśmy więc na trasę i dojechaliśmy do Goliny. Przejechaliśmy rondo, za którym mieliśmy skręcić w lewo na Kazimierz Biskupi. Dwa metry za rondem usłyszałem głośny wystrzał. Wiedziałem co on oznacza... Odwróciłem tylko głowę do tyłu i potwierdziłem przypuszczenia - usłyszałem syk powietrza z tylnej opony. Fajnie... A mam przecież opaski antyprzebiciowe. Zjechaliśmy na chodnik, ale byliśmy w centrum, przy głównej ulicy miasta, tranzytowej Słupca-Konin, i wcale nie uśmiechało mi się robić przedstawienie w tym miejscu. Poszliśmy więc pieszo kilkadziesiąt metrów na ulicę prowadzącą na Kazimierz Biskupi i tam, w miarę spokojnym już miejscu, rozłożyliśmy się na małym trawniczku przy drzewie. Mieliśmy zatrzymać się na śniadanie, a teraz sytuacja nas do tego zmusiła.
Oczywiście byłem w pełni przygotowany na taką awarię, miałem dwie dętki i łatki przy sobie. Najpierw jednak trzeba było coś zjeść i wypić. Gdy tak jedliśmy, podeszła do nas kobieta, pytając czy wszystko w porządku i mówiąc, że zainteresowała się, bo sama jeździ rowerem. Mieszka naprzeciw miejsca, w którym się rozłożyliśmy. Zaproponowała pomoc, chciała nas poczęstować herbatą, a nawet zaproponowała gościnę u siebie, gdybyśmy chcieli się rozgrzać. Czyżby jakiś podtekst? ;) ;) Porozmawialiśmy z nią chwilę o celu podróży, drodze dojazdowej i podziękowaliśmy za dobre chęci.
Po posiłku przystąpiłem do wymiany dętki. Jako że miałem założony bagażnik i w tym miejscu trasy był on jeszcze mocno załadowany jedzeniem, musiałem wypakować z niego wszystko, żeby w ogóle podnieść tył rowera i wyjąć koło i postawić rower na przerzutce. Z opony wyjąłem coś takiego:


No cóż, zdarza się...


Wymiana poszła szybko, pompowanie, założenie koła, zapakowanie torby na bagażniku i można ruszać dalej. Kawałek dalej zdziwiliśmy się, gdy zobaczyliśmy na drodze drogę dla rowerów. Był to wydzielony z jezdni pas asfaltu, oddzielony od pasa ruchu ciągłą linią. Miło mieć swoją drogę, w dodatku asfaltową, a nie z kostki brukowej. Po paru km droga dla rowerów się skończyła. Kawałek później zatrzymaliśmy się aby zdjąć kurtki, założone podczas wymiany dętki, bo znów dość mocno rozgrzaliśmy się walką pod wiatr i wzniesienie, wciągnęliśmy jakiegoś batona i dojechaliśmy do ścieżki rowerowej, tym razem z kostki, ale niefazowanej, biegnącej kilka km aż do samego Kazimierza Biskupiego. Ścieżka ta była już nam znana, jechaliśmy nią chyba dwukrotnie. Na tym odcinku jechaliśmy dokładnie pod wiatr, który w tym momencie miał chyba największą dziś prędkość. A nasza oscylowała na tym odcinku w okolicach 18 km/h.



W Kazimierzu mieliśmy zatrzymać się po kesza, ale moja nawigacja postanowiła z jakiegoś powodu nie wyświetlić jego opisu, więc żeby nie przedłużać, ruszyliśmy dalej opuszczając ten punkt wycieczki.



Na horyzoncie zaczęły majaczyć kominy elektrowni Pątnów, których dym przy dobrej widoczności powietrza widoczny jest z kilkudziesięciu km. Dziś, przy zamglonym niebie, nawet kominy ledwo było widać.



Za elektrownią na rondzie skręciliśmy w prawo na dość ruchliwą ulicę Przemysłową, z której po niedługim czasie zjechaliśmy w lewo, w ulicę Rybacką, prowadzącą do kanałów i stawów rybnych.



Droga była w części asfaltowa, w części wyłożona płytami chodnikowymi, a w części gruntowa.


Widok na jezioro Pątnowskie




Woda w kanale musiała być dość ciepła, bo dość mocno parowała, czego niestety nie widać na zdjęciu.


Na pierwszym planie kanał, za nim staw rybny


Staw Mniszek

A tak wiał wiatr dzisiaj:


Kawałek dalej na horyzoncie ujrzeliśmy kopułę bazyliki w Licheniu i po chwili dojechaliśmy do samego Lichenia. Zatrzymaliśmy się przy sklepie spożywczym, w którym bobiko uzupełnił zapasy, a potem udaliśmy się w kierunku parkingu dla autobusów, przy którym był ukryty kesz.


Oddział terenowy CBA?

Zatrzymaliśmy się za tym parkingiem przy figurze św. Krzysztofa, którego postument osłonił nas od wiatru i oprócz wpisania się do dziennika znalezionego kesza, mogliśmy tu w znośnych warunkach się posilić. Widok był fajny, bo znajdowaliśmy się dodatkowo nad jeziorem Licheńskim. Potem udaliśmy się tą samą ulicą kawałek dalej po kolejnego kesza, w alei ofiar katastrofy smoleńskiej. Po wpisaniu się do dziennika i odłożeniu na miejsce weszliśmy na tereny bazyliki.






Nazwa do tego pomnika sama się ciśnie na usta, jednak jest ona niecenzuralna ;)



Mieli rozmach...


Dobra, mam dość tego jarmarku, opuszczamy imprezę

Proponowałem powrót tą samą trasą do samego Kazimierza Biskupiego, jednak bobiko zaproponował alternatywę, która okazała się bardzo ciekawa. Ulicą Toruńską udaliśmy się więc w stronę Ślesina. Kawałek za Licheniem zrobiliśmy chwilowy postój na jedzenie i picie, uruchomiliśmy oświetlenie, bo robiło się coraz bardziej szaro i ruszyliśmy dalej. W pewnym miejscu odcinka w końcu skierowaliśmy się na zachód i poczuliśmy wiatr w plecy. Ufff, co za ulga po kilkudziesięciu kilometrach walki z wiatrm w twarz.
Dojechaliśmy do Ślesina i wjechaliśmy na most stojący na połączeniu jeziora Mikorzyńskiego i Ślesińskiego.





Gdy wyjechaliśmy ze Ślesina na otwary teren, to zaczęło się ostre kręcenie. Prędkość mocno przekroczyła 30 km/h. Słychać było tylko piękny szum opon na asfalcie. W Rożnowie odbiliśmy w lewo w stronę Kazimierza Biskupiego, przed którym chcieliśmy zrobić przedostatni dziś postój, między innymi na wypicie energy shotów, aby jeszcze bardziej podkręcić tempo jazdy z wiatrem. Trafił się akurat fajny przystanek autobusowy, z widokiem na dym z kominów elektrowni. Zjedliśmy co nieco, wypiliśmy swoje dawki energii i obejrzeliśmy jeszcze przejeżdżającą kawalkadę motocykli, udających się najpewniej na jakiś zlot do Ślesina.


Wyjechaliśmy na trasę do Kazimierza, minęliśmy go, znów wykorzystaliśmy ścieżkę rowerową, jednak nasze tempo było tak wysokie, że liczne obniżenia poziomy ścieżki na wjazdach na pole spowodowały u nas taką irytację, że musieliśmy zjechać na ulicę.


Parę km za Kazimierzem skręciliśmy w prawo i spokojną drogą dojechaliśmy do Słupcy. Tam przebiliśmy się wąskimi uliczkami na trasę w kierunku Wrześni, zjechaliśmy na ścieżkę rowerową i zatrzymaliśmy się na ostatni już postój na jedzenie. Po paru minutach ruszyliśmy dalej i do samej Wrześni dojechaliśmy dość sporym tempem.
Rower:Kross Dane wycieczki: 146.10 km (3.00 km teren), czas: 10:22 h, avg:14.09 km/h, prędkość maks: 41.40 km/h
Temperatura:13.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3892 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(1)

#157 | Trójkąt

Czwartek, 10 października 2013 | dodano: 10.10.2013
Chodziło mi po głowie, żeby skoczyć dziś do Skorzęcina, ale tak mi się zachciało spać po powrocie z pracy, że straciłem chęć na tyle km. Wybrałem więc standardowy trójkąt z Czerniejewem jako pierwszą miejscowością i powrotem trasą K92 z Nekli do Wrześni. Wyjechałem w okolicach zachodu słońca, więc gdy dojechałem do Czerniejewa to właściwie było już ciemno. Droga minęła bez przygód. Chociaż właściwie była jedna - na trasie między lasami na odcinku między Czerniejewem a Neklą hamowałem przed stadem saren, które czaiły się żeby wyjść mi na drogę. A że akurat nie miałem włączonych długich świateł, bo z naprzeciwka jechały samochody, to sarenki zobaczyłem dopiero kilka metrów przed sobą.
Dalej było już standardowo i nudo...
Rower:Kross Dane wycieczki: 37.34 km (0.00 km teren), czas: 01:38 h, avg:22.86 km/h, prędkość maks: 38.80 km/h
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 994 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#156 | Nekla i lasy Czerniejewskie po zmroku

Środa, 9 października 2013 | dodano: 09.10.2013 Uczestnicy
Udało mi się namówić bobika na wieczorny wypad. Umówiliśmy się na tamie nad zalewem. Byłem na miejscu wcześniej, więc zrobiłem jeszcze objazd zalewu. Gdy wróciłem, dojechałem bobiko i udaliśmy się w stronę trasy K92, którą dojechaliśmy do Zasutowa, a tam skręciliśmy na drogę serwisową. W tym momencie było już ciemno. Dojechaliśmy serwisówką do Nekli, stamtąd skierowaliśmy się na Czerniejewo. Mieliśmy w Grabach skręcić w prawo do lasu i wrócić lasami, ale pojechaliśmy kilkaset metrów dalej, bo chciałem żeby bobiko spróbował nakręcić krótkie video, na którym byłoby widać moje przednie oświetlenie. Zrobiliśmy dwie próby, po czym zawróciliśmy i wjechaliśmy w las. Jechaliśmy sobie wolno i ostrożnie, spodziewając się saren i dzików, ale spotkaliśmy jedynie żaby.
Zatrzymaliśmy się na chwilę na jednej z polan w lesie, a potem drugi raz w Marzelewie i popatrzeliśmy na niebo.
Dojechaliśmy do Wrześni, gdzie skoczyliśmy jeszcze na rynek i tam się rozstaliśmy.
Rower:Kross Dane wycieczki: 41.83 km (11.00 km teren), czas: 02:33 h, avg:16.40 km/h, prędkość maks: 40.60 km/h
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1114 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#155 | Trójkącik

Wtorek, 8 października 2013 | dodano: 08.10.2013
Pod wieczór wybrałem się na standardową trasę Czerniejewo-Nekla-Września. Wyjechałem, gdy było jeszcze jasno, a słońce zaszło, gdy byłem kawałek za Wrześnią. Przed Neklą zrobiło się już całkiem ciemno. Z Nekli jechałem już trasą, zamiast serwisówką. Dojechałem do Wrześni, przejechałem przez centrum i skoczyłem jeszcze przez Dębinę w stronę Gozdowa. Przypomniało mi się w tym miejscu, że dziś maksimum meteorów na niebie, przewidywana ilość to nawet 1000 w ciągu godziny, czyli teoretycznie jeden na 3-4 sekundy. Niebo było czyste, gwieździste, za miastem, więc dość ciemne. Stoję, patrzę, wpatruję się, mija minuta za minutą, zaczynam marznąć, a meteorytów nie ma. Ani jednego. Zawróciłem więc i przez Bierzglinek wróciłem do domu.
Rower:Kross Dane wycieczki: 43.18 km (0.00 km teren), czas: 01:57 h, avg:22.14 km/h, prędkość maks: 38.40 km/h
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1150 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#154 | Jarocin

Niedziela, 6 października 2013 | dodano: 06.10.2013 Uczestnicy
Zaplanowaliśmy jechać dzisiaj do Jarocina moją trasą sprzed 2 lat. Wyjazd miał być o 7, ale opóźnił się o jakieś 15-20 minut. Spotkałem się z bobikiem w Osowie. Było trochę chłodno rano...


Śmignęliśmy nowym asfaltem do Miłosławia i dalej na Czeszewo. Przed czeszewskim lasem na chwilę się zatrzymaliśmy. Przejazd przez las był jak zwykle chłodny i czekaliśmy kiedy znów zobaczymy słońce przed Czeszewem. Tam skierowaliśmy się na przeprawę promową.



Były dwie opcje - jeśli prom już o tej godzinie będzie czynny, to udamy się na drugą stronę i po odświeżeniu skrzynki bobika udamy się w kierunku Bieździadowa. Jeśli będzie nieczynny, to wałami dojedziemy do mostu kolejowego w Orzechowie. No i trzeba było wybrać tę drugą opcję. Jak do tej pory trasa była więc taka sama, jak 2 lata temu. Najpierw jechaliśmy drogą wzdłuż wałów, potem wjechaliśmy na wał, gdzie była mokra trawa, bo w nocy był przymrozek i szron stopniał.

Zakole Warty


W oddali widać nasz cel


Dojechaliśmy do mostu, nasłuchiwaliśmy chwilę, czy nie jedzie pociąg i ruszyliśmy pieszo wzdłuż torów. Była niedziela, więc szanse na pociąg były chyba mniejsze niż w zwykły dzień.

Widok ze środka mostu






Dalej bobiko pokazał mi inną drogę, a właściwie ścieżkę prowadzącą do głównej drogi przed Lutynią. Na szczęście, bo inaczej trzeba by było znów jechać po mokrym piaszczysto-gliniastym wale, co byłoby zabójstwem dla napędu roweru. Dojechaliśmy singielkiem do asfaltu, tam chwila przerwy na rozmowę telefoniczną bobika i jedziemy dalej. Do Bieździadowa drogą terenową i po chwili jesteśmy w Żerkowie. Tu zrobiliśy dłuższy postój przy Dino - energetyk, przekąska i przesuszenie spoconych ciuchów na słońcu i jedziemy dalej. Przejechaliśmy przez rynek i skierowaliśmy się na Lisew i Łuszczanów. Za Kadziakiem wjechaliśmy w las koło leśniczówki, aby dojechać do pierwszego dziś kesza - figury matki boskiej w tarcach. Ja już miałem skrzynkę zdobytą, musiał się dziś wpisać tylko bobiko. Nie było jeszcze na ziemi tylu liści, co dwa lata temu (wtedy byłem miesiąc później - w listopadzie), ale już było dość kolorowo. Skrzynka była na miejscu. Zrobiliśmy chwilę przerwy na śniadanie i herbatę z termosu.



Proca?


Wyjechaliśmy z lasu, przejechaliśmy przez Tarce i przed Bachorzewem skręciliśmy w bok na ul. Leśną, gdzie był kolejny kesz, zdobyty przeze mnie ostatnio. Tym razem jednak iglaki były już mocno rozrośnięte i szukanie skrzynki zakończyło się niepowodzeniem. Wyjechaliśmy na drogę i dojechaliśmy do rozwidlenia dróg przed Jarocinem, gdzie wjechaliśmy w las po skrzynkę przy mogile. Szybki wpis bobika do dziennika i jedziemy dalej, gdzie przy głównej trasie na Jarocin stoi witacz - wielka konstrukcja witająca podróżnych w Jarocinie.



Przy witaczu również ukryta jest skrzynka, której ostatnio nie było jeszcze, więc obaj wpisujemy się do dziennika. Zawracamy i na wspomnianym wyżej rozwidleniu wykręcamy tym razem w drugą stronę - na południe, w kierunku Woli Książęcej, gdzie ukryta jest skrzynka przy prywatnym pałacu. Piękny teren w tym miejscu - wielkie kolorowe łąki z pasącymi się krowami i byczkami. Z jedynym ze zwierzaków chciałem się zaprzyjaźnić ;)






I oto sam pałac


Skrzynka ukryta była w jego pobliżu, ale chwilę nam zajęło poszukanie jej. Tutaj również wpis był dwuosobowy. Skierowaliśmy się stamtąd na Jarocin, tyle, że nie drogą, którą tu przyjechaliśmy, tylko inną, która okazała się strasznie dziurawa. Asfalt był tu chyba wylany kilkadziesiąt lat temu i ani razu nie był naprawiony. Istny ser szwajcarski. Po drodze spotkaliśmy jeszcze trzech kolesi z bronią - albo ASG albo paintball, ciężko było ocenić z kilkudziesięciu metrów.
Wjechaliśmy do Jarocina i pierwszym obiektem skrywającym kesz była wieża ciśnień, co ciekawe - wystawiona na sprzedaż.



Niestety, kilkunastominutowe poszukiwania kesza skończyły się fiaskiem. Skoczyliśmy więc kawałek dalej, do ruin kościoła. Tutaj również był ukryty kesz. Ukryty tak zmyślnie, że jestem pełen podziwu dla autora tej skrytki.




Szybki wpis do logu i ruszamy dalej... ale już z powrotem, bo pora robi się późna, a mamy po drodze jeszcze kilka konkretnych punktów. Wyjazd z Jarocina to kilkaset metrów zjazdu z górki, a potem kawałek wspinaczki przed witaczem, który już odwiedziliśmy. Znów jesteśmy na tym samym rozwidleniu i skręcamy tam, gdzie za pierwszym razem i kierujemy się na północ, gdzie po krótkim czasie wjeżdżamy w las, w kierunku kolejnego kesza - młyna nad rzeką. Niestety droga leśna okazuje się ślepa, więc zawracamy. Szukamy następnego wjazdu w las, przy którym robimy przerwę na jedzenie. Wpadam na chwilę do lasu na rekonesans, ale jazda leśnym duktem według nawigacji oddala mnie od kesza, a więc wracam do czekającego przy głównej drodze bobika i odpuszczamy sobie młyn.
Dojechaliśmy do Wilkowyji, w której stoi kościół z dzwonnicą. Dzwonnica skrywała kolejnego kesza, którego bez problemu znaleźliśmy i wpisaliśmy się do logu.



Pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się w Radlinie, przy ruinach pałacu. Tego kesza obaj mieliśmy już zaliczonego, ale poświęciliśmy chwilę na ponowne obejrzenie ruin, wszamanie batonika i wypicie energy shota.



Zatrzymaliśmy się w Mieszkowie przy sklepie, gdzie uzupełniliśmy zapas wody. Przekroczyliśmy trasę katowicką i za Osiekiem wjechaliśmy w las po ostatnią dziś skrzynkę przy pomniku kilku ofiar wojny.
Wyjechaliśmy z powrotem na asfalt i kierowaliśmy się na most kratownicowy w Solcu. Po drodze zaliczyliśmy panienkę :) Znaczy... Panienkę :))



Kawałek dalej zrobiliśmy sobie "słit focię".


Minęliśmy Chwalęcin i Kolniczki, wyjechaliśmy na drogę nr 436, którą dojechaliśmy do Chociczy, gdzie musieliśmy chwilę poczekać na zamkniętym przejeździe kolejowym. Przepuściliśmy czekające za nami auta i ruszyliśmy pod górę, gdzie po chwili skręciliśmy na Rogusko. Zaczęły się lasy pełne grzybiarzy, niestety łażących też środkiem drogi i biegających psów ;)


Kawałek dalej zjechaliśmy z asfaltu na wał, którym dojechaliśmy do mostu.



Za mostem zrobiliśmy przerwę na ostatnie już dziś jedzenie. W tym momencie uświadomiliśmy sobie, że nie zdążymy wrócić do domu przed zmrokiem. Bobiko zaproponował, że skrócimy trasę i po przecięciu trasy katowickiej pojedziemy przez las. No zobaczymy jak to będzie. Wyjechaliśmy z Solca i dojechaliśmy do Krzykos i do trasy katowickiej, na której był taki ruch, że nie było szans na przejechanie na drugą stronę. Sznury samochodów z jednej i drugiej strony. Staliśmy tam na środku skrzyżowania z 5-6 minut i w końcu wypatrzyliśmy przerwę między autami i można było śmignąć na drugą stronę. Odpuściliśmy sobie jednak las i pojechaliśmy asfaltem na Orzechowo i Czeszewo. W Czeszewie mięśnie odmówiły nam posłuszeństwa i trzeba było zrobić przerwę na kilka ćwiczeń gimnastycznych rozciągających. Ruszyliśmy dalej i zrobiliśmy jeszcze jeden mały postój w lesie między Czeszewem a Miłosławiem. Dalej już śmigaliśmy równym tempem, które niedaleko Wrześni wzrosło, bo wpadliśmy w jakiś trans przez to wpatrywanie się w światła samochodów i nasze migające. Rozstaliśmy się w Osowie - bobiko śmignął w bok do swojej miejscowości, a ja do Wrześni.
Rower:Kross Dane wycieczki: 138.68 km (13.50 km teren), czas: 11:43 h, avg:11.84 km/h, prędkość maks: 47.40 km/h
Temperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3695 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#153 | Żerków

Sobota, 5 października 2013 | dodano: 05.10.2013
Dzisiejsza trasa miała być powtórką mojej trasy sprzed 2 lat, w okolice Jarocina, ale Bobiko się wykruszył, więc sam nie miałem po co tam jechać. Może jutro się tam wybierzemy.
Jako że tak czy siak wiało z południa, więc trasę i tak musiałem sobie wyznaczyć na południe. Wielu opcji nie ma, więc postanowiłem zrobić rekonesans przed jutrem i sprawdzić, czy asfalt na drodze do Miłosławia jest już wylany.
Wyjechałem ok. 10.30 w najgrubszych tej jesieni ciuchach. Po drodze sprawdziłem na jakim etapie jest nasz McDonald's - stan zamknięty, są już okna i drzwi.
Do Osowa dojechałem nowym-starym asfaltem, nagle widzę z daleka jakieś oznaczenia i tablice koło drogi. Myślę sobie - pewnie info, że roboty drogowe i niebezpiecznie. Ale nie! Informacja, że brakuje oznaczeń poziomych, a asfalcik już wylany - gładki jak stół. Nooo, to będzie traska na szosówkę. Muszę tylko wykombinować jak do niej dojeżdżać, żeby omijać tą pieprzoną "ścieżkę" z bruku okraszoną rozbitym szkłem.
Do Miłosławia dojechałem sprawnie, w Bugaju akurat łatali drogę, więc trzeba było jechać lewą stroną, żeby się nie ochlapać smołą. Droga do Czeszewa trochę chłodna, bo przez las. W Czeszewie wylądowałem na chwilę na przeprawie promowej, żeby zweryfikować informację, że prom pływa do końca października. Wróciłem do centrum i skierowałem się na Orzechowo, standardową trasą. Stamtąd do Krzykos, gdzie wyjechałem na trasę katowicką, na której musiałem walczyć zarówno z wmordewindem, jak i kierowcami. Oczywiście most w Nowym Mieście nad Wartą nadal z ruchem wahadłowym. Tempo prac jest masakryczne...
Dalej było już spokojnie. Przed Hermanowem posiliłem się i zdjąłem czapkę spod kasku, bo słońce zaczynało przygrzewać, choć nadal mocno wiało.

Fiu fiu, teraz już laserami się chroni własność prywatną. W końcu mamy XXI wiek


Aby urozmaicić dzisiejszy wypad postanowiłem wykręcić do folwarku konnego, w którym ostatnio zaciekawiły mnie właściwie tylko dziki. Teraz też do nich pojechałem. Ostrożnie podjechałem do ogrodzenia i czekałem, aż się zwierzaki oswoją z moim widokiem i zapachem. W końcu podeszły do mnie prawie wszystkie i zaczęły sobie przy mnie ryć w piachu i zajadać. Prawie wszystkie, oprócz małych. Mały tylko raz na chwilkę podszedł, ale zaraz uciekł.





Ruszyłem dalej, przez Wolicę Kozią na trasę prowadzącą do Żerkowa. Tam wykręciłem w prawo, na trasę, którą mieliśmy dzisiaj jechać. Początkowo chciałem dojechać do kesza w Tarcach, ale stwierdziłem, że chyba już wrócę, żeby się za bardzo nie wypompować siłowo przed ewentualną jutrzejszą trasę. Wróciłem do Żerkowa i udałem się na punkt widokowy.
Zasiadłem przy ciepłej herbacie z termosu i skonsumowałem banana. A na moim rowerze przysiadł sobie on:


W końcu trzeba było jechać dalej. Nie planowałem dzisiaj bicia rekordu prędkości na zjeździe, ale chciałem sprawdzić jaki jest spad na tym zjeździe. No i na odcinku od schodów przy wejściu na punkt widokowy do samego dołu zjazdu za skrzyżowaniem jest 800 metrów i teren opada na tym odcinku o... 55 metrów!
Dalej pojechałem przez Śmiełów i Rudę Komorską do Pyzdr. Chwila przystanku na moście nad Wartą - wody przybyło od ostatniego razu, gdy tu byłem. Przelot przez Pyzdry, wjazd na ścieżkę rowerową i ścieżką do Borzykowa. Dalej już trasą z wiatrem w plecy i dość sporym ruchem samochodowym. Większość trasy była w miarę spokojna, dopiero przed Wrześnią spotkałem trzech debili. Pierwszy wyprzedził mnie w Nowej Wsi Królewskiej w odległości 30 cm od mojej kierownicy. Drugi pacan, z pizzeri Calabria w Kaczanowie, w odległości 20 cm. Ostatnim kretynem był kierowca samochodu na zagranicznych numerach, który postanowił wyprzedzić mnie na skrzyżowaniu Kaliskiej i Objazdowej we Wrześni, jadąc po pasie do skrętu w lewo. Oczywiście zaoszczędził tym manewrem dokładnie 0 sekund, bo dogoniłem go na rondzie przy Tesco. Ale co się będzie wlókł za rowerem, nie?
Odebrałem paczkę z paczkomatu i w domu byłem o 16.00.
Rower:Kross Dane wycieczki: 94.46 km (0.00 km teren), czas: 05:25 h, avg:17.44 km/h, prędkość maks: 56.80 km/h
Temperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2516 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(3)