Rowerowy uziel75blog rowerowy

avatar uziel75

Informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(18)

Moje rowery

Marvil 2023 km
Santini 2609 km
Merida 45 km
Kross 48632 km
Kellys 39549 km
Esker 22563 km

Szukaj

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy uziel75.bikestats.pl

Archiwum

Linki

#171 | Pyzdry, Czeszewo, Miłosław

Niedziela, 10 listopada 2013 | dodano: 11.11.2013
Poranny SMS do bobika i jest decyzja, że jedziemy nad Wartę, początkowy kierunek Pyzdry. Dałem mu znać, że spotkamy się za 20 minut w drodze, na przecięciu naszych tras w kierunku Pyzdr - w Nowej Wsi Królewskiej.
Gdy byłem w Bierzglinku, zapiszczał mi telefon. Zatrzymałem się, a tam SMS od bobika, że nie jedzie, bo pojawiły się problemy ze zdrowiem. Cóż, jadę sam. Do Pyzdr było ciężko, bo dość mocno wiało w paszczę. Przed Borzykowem zauważyłem rozkopane pobocze - chyba kolejny odcinek ścieżki pieszo-rowerowej w budowie.
Dojechałem do Pyzdr i standardowo zacząłem od wjazdu na most i sfotografowania Warty.



Zjechałem z mostu, kierując się do centrum Pyzdr, ale po drodze zatrzymałem się jeszcze przed skrzyżowaniem, bo widuję tu na jednej z posesji pięknego owczarka. Tym razem, inaczej niż zwykle, gdy tylko cmokam na niego, postanowiłem się zatrzymać i pogłaskać zwierza. Zsiadłem z rowera i zbliżyłem się do niego. Przybiegł do mnie i zaczął szczekać. Dałem mu delikatnie rękę, obserwując jego reakcję, a on delikatnie chwycił ją zębami, a potem próbowałem mnie sięgnąć łapami przez ogrodzenie :) Chciałem jeszcze dać mu chwilę na oswojenie się ze mną, ale po chwili przybiegł drugi pies - golden :) I jak to goldem - zaczął się łasić do mnie, wystawił mordkę i zacząłem go smerać. A w tym czasie owczarek biegał od lewej do prawej i szczekał, czasem dochodził do goldena i do mnie. W pewnym momencie golden odwrócił łeb i ostrzegawczo zawarczał na owczarka, żeby się odczepił ;) Owczarek chyba wziął to do siebie, bo zwiększył lekko dystans.
No nic, miło z pieskami, ale trzeba jechać dalej. Przejechałem przez Pyzdry i skierowałem się na Nową Wieś Podgórną przez Tarnową i Spławie. W tym rejonie niebo się już zachmurzyło i pozostało takie do samego końca wycieczki. Dojechałem do Czeszewa i skoczyłem na przystań promową. Prom niby już nieczynny (pływa do końca października), ale wjazd na prom (łańcuch) był otwarty, choć barierka opuszczona.




Z Czeszewa pozostało już tylko wrócić do Wrześni. Gdy wyjeżdżałem z niego, to wyprzedziłem rowerzystę w kasku na trekingu. Pozdrowiliśmy się i śmignąłem dalej. Ale on postanowił przyspieszyć i właściwie do samego Miłosławia jechał za mną. Tam zamieniliśmy kilka słów o celach naszych wycieczek i pojechaliśmy w swoich kierunkach.
Powrót do Wrześni był całkiem przyjemny, bo jechałem z wiatrem.
Przejechałem koło naszego nowego McDonalda i muszę przyznać, że ładnie się panowie spięli - lokal lada chwila będzie czynny, bo w środku już nawet stoliki i krzesła są.



Przeleciałem przez park i postanowiłem podjechać jeszcze pod Lidla, żeby sprawdzić, czy jest dziś czynny, żeby skoczyć na małe zakupy. A skoro byłem już przy Lidlu, to pojechałem jeszcze na jedno małe kółeczko przez Bierzglinek i powrót do domu.
Rower:Kross Dane wycieczki: 67.01 km (0.00 km teren), czas: 03:24 h, avg:19.71 km/h, prędkość maks: 39.80 km/h
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1785 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(1)

#172 | Księżycowy wieczór w Skorzęcinie - drugi dziś wyjazd

Niedziela, 10 listopada 2013 | dodano: 10.11.2013
Wieczór w domu to nie był dobry pomysł, więc po 18:00 postanowiłem skoczyć do Skorzęcina. Załadowałem na kierownicę pełen zestaw oświetlenia, a na grzbiet zimową kurtkę (zamiast ostatnio używanej przeciwdeszczowej, bo szanse na deszcz zmalały do kilku procent). Jechało się bardzo fajnie, pierwszy ciekawy odcinek to całkowicie skąpana w mroku prosta za Grzybowem.
Przejechałem przez Witkowo, a za nim, na drodze do Skorzęcina, ze zdziwieniem zobaczyłem prace budowlane na prawym poboczu drogi. No nie mówcie mi, że zrobią tam ścieżkę rowerową z kostki, którą będzie trzeba jeździć... Masakra...
Za Chłądowem znów zrobiło się ciekawie - całkowite ciemności, rozjaśniane raz po raz przez wyglądający na chwilę zza chmur księżyc, a właściwie pół księżyca.
Pomyślałem sobie, że w połowie listopada, o tej godzinie, przy tej temperaturze (ok. 5 stopni) spotkanie kogoś w Skorzęcinie raczej nie wchodzi w grę, ale gdy tylko wjechałem w las przed ośrodkiem, to zobaczyłem jądące od strony ośrodka dwa samochody. Wjechałem do ośrodka, skierowałem się na molo, a tam sobie dwie parki spacerują. Molo nieoświetlone latarniami, ale dość jasne od blasku księżyca. No i widok z końca mola na jezioro - warto było przyjechać. Odbijający się w tafli jeziora księżyc, lekka mgiełka nad powierzchnią wody i w oddali... Tajemniczo...
Spojrzałem w kierynku hotelu przy plaży, a tam trzech kolesi zapycha stare BMW :D No proszę, ruch jak w sezonie.
Zwinąłem się i pojechałem z powrotem. Po wyjeździe z ośrodka zanotowałem kolejne dwa samochody, tym razem zmierzające do ośrodka. Chyba ludzie sie nudzą w domach ;)
Wyjechałem z lasu, minąłem wieś Skorzęcin i gdy byłem na odcinku w okolicach wiatraka, w Kamionce, wyłączyłem przednie oświetlenie i jechałem sobie w półmroku przy srebrzystym świetle księżyca. Ruch był prawie zerowy, na całym odcinku aż do zakrętu w Chłądowie jechały może 2 samochody.
Minąłem Chłądowo i... zaczął padać deszcz. Fuck, przecież miało nie padać. Im bliżej Witkowa tym bardziej padało, choć była to nadal tylko mżawka. Jednak na okularach zaczęła już osiadać woda i musiałem je zdjąć. Na szczęście gdy byłem kawałek za Witkowem, to przestało padać.
Między Maleninem a Gorzykowem zatrzymałem się na chwilę, żeby obejrzeć sobie piękne, czarne niebo, pełne gwiazd i planet - z Jowiszem jako najjaśniejszym (zaraz po księżycu) obiektem na niebie. Znów chwilę jechałem sobie bez przedniego światła, ale potem je włączyłem i śmignąłem już do Wrześni bez zatrzymywania się. Pod koniec było mi już trochę zimno, bo temp. spadła do 3,5 stopnia C.
Stwierdzam, że kierowcy samochodów to bydlaki. 95% z tych, którzy jechali z włączonymi światłami drogowymi, nie zmieniało ich na światła mijania gdy widzieli mnie przed sobą i musiałem ich o to upominać swoją drugą latarką, używaną przeze mnie jako światła długie. Pod koniec, gdy byłem już mocno wpieniony za to chamstwo, zamieniłem małego "upominacza" na silniejsze, migające światło. Jakim trzeba być gnojem, żeby widzieć jadącego przed sobą innego użytkownika drogi i go oślepiać. Bo co, rowerzysta nie ma oczu? Jego nie oślepiają dwie 55-watowe żarówki samochodu, wzmocnione odbłyśnikiem lamp, tak?
Dojechałem do domu przed godziną 22:00.
Rower:Kross Dane wycieczki: 62.42 km (0.00 km teren), czas: 03:23 h, avg:18.45 km/h, prędkość maks: 37.50 km/h
Temperatura:6.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1663 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#170 | Trójkąt

Sobota, 9 listopada 2013 | dodano: 10.11.2013 Uczestnicy
Pod wieczór rzuciłem bobikowi pomysł przejażdżki, ale odmówił, bo był zajęty. Pojechałem więc na trójkąt sam, na początku w kierunku Czerniejewa. Gdy byłem w Psarach, bobiko napisał, że jednak jedzie. Chciałem na niego poczekać gdzieś w okolicach Nowego Folwarku, ale za długo by to trwało, więc uzgodniliśmy, że on pojedzie od swojej strony do Nekli, a ja od strony Czerniejewa.
Po deszczowym dniu wieczór zrobił się pogodny i zaliczyłem nawet ładny zachód słońca.



Dziś był jakiś dzień jazdy bez świateł - najpierw w półmroku koleś jechał sobie samochodem bez świateł ulicą Czerniejewską. Potem drugiego zauważyłem już w lesie za Nowym Folwarkiem. A najlepszy był kierowca renault scenic w Nekli, bo wtedy było już całkowicie ciemno, a on twardo jechał sobie bez świateł ciemnym samochodem. Brawo. Do tego jeszcze minąłem biegacza na nieoświetlonej drodze między Neklą a Czerniejewem - w całkowitych ciemnościach, ubrany całkowicie na czarno, a jedynym odblaskiem, jaki miał na sobie, był jakiś 6-centymetrowej długości zamek pod szyją. Niech żyją kretyni...
Dojechałem do Nekli, poczekałem 3 minuty i dojechał bobiko. Chwila rozmowy i pojechaliśmy serwisówką w stronę Wrześni, planując poniedziałkowy wypad rowerowy do Poznania.
Gdy dojechaliśmy do Wrześni, to skoczyliśmy jeszcze pod nowy Polomarket przy ul. Kutrzeby, żeby zobaczyć drugi wrzesiński paczkomat. Parking pod Polomarketem robi wrażenie - szybkie liczenie i wyszło mi, że zmieści się na nim jakieś 200 samochodów.
Rower:Kross Dane wycieczki: 38.92 km (0.00 km teren), czas: 02:18 h, avg:16.92 km/h, prędkość maks: 43.40 km/h
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1036 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#169 | Trójkąt i Brzeźno

Wtorek, 5 listopada 2013 | dodano: 05.11.2013
Dzisiejszy trójkąt postanowiłem trochę powiększyć. Najpierw jednak, zaraz po wyjeździe z domu, na pierwszej ulicy, zobaczyłem jakieś zwierzę przechodzące przez ulicę. Jeżyk. Zatrzymałem się, a on przetuptał sobie przede mną z jednej na drugą stronę ulicy i wszedł komuś na podwórko :)
Pojechałem w stronę Nekli. Stamtąd dalej, aż do Brzeźna, gdzie zawróciłem na skrzyżowaniu koło baru i śmignąłem z powrotem do Nekli. Następnie w lewo na Czerniejewo. Ależ tam było spokojnie... Przez całe 6 km wyprzedziło mnie tylko 6 samochodów, a z przeciwnego kierunku, od Czerniejewa, nie jechał ani jeden. Przeleciałem przez Czerniejewo i skierowałem się na Wrześnię, do domu.
Rower:Kross Dane wycieczki: 48.06 km (0.00 km teren), czas: 02:15 h, avg:21.36 km/h, prędkość maks: 37.10 km/h
Temperatura:8.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1280 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#168 | Okolice, deszcz i trójkąt

Poniedziałek, 4 listopada 2013 | dodano: 04.11.2013
Trzeba było dziś wyjechać rowerem, żeby poprawić humor i wyładować złość. Po 19 przygotowałem się do wyjazdu, wyszedłem na dwór i w tym momencie zaczął padać deszcz. Jasna cholera... Postałem chwilę na dworze, popatrzyłem w niebo, na prognozę i postanowiłem, że jednak pojadę. Może przestanie. Planowałem jechać na mój standardowy trójkąt. Skierowałem się więc na Czerniejewo, ale deszcz padał coraz mocniej, więc w Nowym Folwarku zawróciłem i wróciłem do Wrześni. Jednak nie padało tak mocno, żeby woda kapała mi z kasku na twarz, więc nie wróciłem do domu i zacząłem jeździć po okolicach. Po zrobieniu około 20 km zanotowałem, że deszcz przestał padać, więc nie pozstawało nic innego, jak wykonać wcześniejszy plan. Udałem się więc w stronę Czerniejewa. Jechało się świetnie, z wiatrem w plecy i fajnymi efektami wizualnymi na horyzoncie, w postaci pomarańczowej łuny na zachodzie, mimo tego, że słońce zaszło już jakieś 3,5 godziny wcześniej. Za Czerniejewem dostałem wiatrem w pysk i prędkość drastycznie spadła. Na szczęście na krótko, bo pojawił się las i wytłumił podmuchy. W lesie wyprzedził mnie pewien samochód i po kilkuset metrach zaczął hamować (zauważyłem światła stop). Po chwili zobaczyłem w oddali w jego przednich światłach przechodzące przez jezdnię 2 albo 3 sarny. Niedługo potem wyprzedził mnie kolejny samochód i też po pewnym czasie zauważyłem, że hamuje. Gdy dojechałem mniej więcej do miejsca, w którym hamował, zauważyłem stojącą na poboczu kolejną sarenkę. Dalej było już bez zwierząt. Dojechałem do Nekli, a stamtąd trasą K92 do Wrześni i do domu, w którym byłem przed 22.
Rower:Kross Dane wycieczki: 54.51 km (0.00 km teren), czas: 02:29 h, avg:21.95 km/h, prędkość maks: 43.00 km/h
Temperatura:10.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1452 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#167 | Trójkąt

Wtorek, 29 października 2013 | dodano: 29.10.2013
Po wczorajszym rajdzie nie za bardzo chciało mi się dzisiaj jeździć, ale przecież nie można było odpuścić ładnej pogody. Początkowo zamierzałem znów odwiedzić Skorzęcin, wybrałem jednak krótszą trasę - Czerniejewo-Nekla-Września. Było wyraźnie chłodniej niż wczoraj. Wyjechałem około 18, po zmroku. Na trasie z Wrześni do Czerniejewa chyba nigdy nie widziałem takiego ruchu. Więcej było ciężarówek niż samochodów osobowych. Uspokoiło się za Czerniejewem, jednak tam zacząłem odczuwać dość mocny wiatr. Na szczęście po chwili wjechałem w las, który złagodził podmuchy, a między Neklą a Wrześnią było już z wiatrem. Dojechałem do domu bez przygód.
Rower:Kross Dane wycieczki: 36.68 km (0.00 km teren), czas: 01:38 h, avg:22.46 km/h, prędkość maks: 36.80 km/h
Temperatura:11.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 977 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

#166 | Nocny Skorzęcin, silny wiatr i przekroczone 10k km

Poniedziałek, 28 października 2013 | dodano: 28.10.2013
Postanowiłem sobie dzisiaj, że zamknę dziesiąty tysiąc kilometrów w tym roku. Brakowało 75 km, a pogoda nie rozpieszczała. O 16:00 zaczęło padać, więc okazało się, że jednak dzisiaj nie pojadę nigdzie. Jednak po obiedzie wyjrzałem przez okno, a tam już wszystko suche, bo silny wiatr i wysoka temperatura (19 stopni pod koniec października!! Szok) zrobiły swoje. Pytanie: gdzie jechać? Wiatr z południowego zachodu, 8 m/s. Zwykle wybieram trasę pod wiatr, by wrócić z wiatrem, jednak dziś zrobiłem wyjątek - wybrałem Skorzęcin, by dojechać do niego z maksymalną prędkością, pchany silnym wiatrem, a z powrotem... jakoś to będzie ;) Założyłem na siebie tylko dwie bluzy, ale do plecaka wziąłem kurtkę przeciwdeszczową w razie gdyby wiatr chciał coś przygnać.
No i ruszyłem. Ależ to była jazda... Cały czas jechałem 30-38 km/h, słyszałem tylko leciutki szum slicków na asfalcie. Nawet napęd nie wydawał żadnych dźwięków, bo nasmarowałem go przed wyjazdem. Na drodze było niewiele samochodów. Między Witkowem a Skorzęcinem łyknąłem EnergyShota, żeby mieć siły na powrót za kilkadziesiąt minut. Niebo było piękne - czyste, ciemne, z milionami gwiazd.
W lesie na dojeździe do ośrodka nie było ani jednego samochodu, ale to chyba nic dziwnego. Jechałem wolno, bo było całkowicie ciemno, a lubią sobie tam biegać sarny. Jednak tym razem nie było żadnej. Po 55 minutach jazdy wjechałem do ośrodka i ze zdziwieniem zanotowałem obecność jednego faceta. Jakiś dozorca, czy co? Zjechałem z głównej alejki na tę prowadzącą do mola, patrzę, a tam molo nieoświetlone. Uuuu, będzie hardcore. Jednak dopiero gdy wjechałem na molo okazało się, jaki to był hardcore - na jeziorze prawie sztorm. Fale jak na morzu zalewają plażę i całą lewą stronę mola aż do lini ławek. Dojechałem do końca, myśląc że zaraz mnie zdmuchnie z tego mola, bo wiało od jeziora, a tam również cały koniec mola zalewany przez wzburzoną wodę, rozpryskującą się o jego brzegi. Nie mogłem podjechać zbyt blisko, bo woda pryskała na kilka metrów, a chciałem nakręcić film telefonem. Jednak nawet w świetle moich trzech silnych latarek było tam tak ciemno, że telefon zarejestrował jedynie słabą plamkę światła na powierzchni mola, a fal nie było widać. W ogóle gdy chciałem wyjąć telefon z plecaka, to musiałem mocno ten plecak trzymać, bo wiatr wyrywał mi go z rąk. Nawet rowera nie mogłem oprzeć o ławki, jak to zwkle robię, bo zaraz by się przewrócił.
No cóż, teraz trzeba jakoś wrócić do domu... Zawróciłem, na początku mola popatrzyłem jeszcze na linię brzegową i fale i ruszyłem w drogę powrotną. W lesie było jeszcze spokojnie, bo drzewa tłumiły wiatr, zaczęło się dopiero gdy z niego wyjechałem. Jednak spodziewałem się gorszej jazdy. Mimo takiego naporu ściany wiatru, jechało się całkiem znośnie, z prędkością około 20 km/h. Czyżby to zasługa EnergyShota? Możliwe. Według prognozy wiatr miał wieczorem osłabnąć, jednak miałem wrażenie, że wieje coraz mocniej. A może Shot przestawał działać. Cały czas jednak nie mogłem uwierzyć w temperaturę... Cały czas 18-18,5 st.C. I to piękne niebo. Zatzymywałem się kilka razy na odpoczynek i miałem wtedy okazję popatrzeć na nie.
Zacząłem też myśleć jak dobić do 75 km, bo trasa Września-Skorzęcin-Września, to tylko 62 km. Najpierw planowałem pojeździć wokół Wrześni, jednak przed samą Wrześnią postanowiłem, że skoczę w kierunku Nekli, a powrót będzie z wiatrem. Przejechałem więc przez centrum i wyjechałem na trasę K92. Na początkowym odcinku wiało z boku i... gdy wyjechałem zaa osłony terenowej w postaci hal zakładów na otwartą przestrzeń, to dostałem w bok taki podmuch, że ledwo utrzymałem się na drodze. Uuuu, ostro, trzeba chyba mocniej trzymać kierownicę. Kilkaset metrów przed Neklą licznik pokazał 75. kilometr dzisiejszej wycieczki, a więc przekroczyłem tym samym 10.000 kilometrów w tym roku. Zjechałem do Nekli, przejechałem przez centrum i skierowałem się na Wrześnię. I znów z wiatrem i znów szaleństwo. A ja po takiej trasie miałem w sobie jeszcze taki power, że jechałem coraz szybciej. Za Zasutowem zobaczyłem jadącego w stronę Wrześni rowerzystę. Jednak nie zdążyłem zarejestrować wielu szczegółów, bo on jechał ok. 20 km/h, a ja wtedy jakieś 38.
Dojechałem do domu przed 22:00. Szkoda, że to ostatni dzień takiego silnego wiatru przy takiej wysokiej temperaturze.
Rower:Kross Dane wycieczki: 89.81 km (0.00 km teren), czas: 04:22 h, avg:20.57 km/h, prędkość maks: 44.80 km/h
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2393 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(5)

#165 | Osowa Góra

Sobota, 26 października 2013 | dodano: 28.10.2013 Uczestnicy
Kilka dni temu Bobiko zaproponował wyjazd na Osową Górę w okolicach Mosiny. Mówił jednak, że trasa wiedzie częściowo w terenie i że będę musiał założyć na ten dzień opony terenowe zamiast moich slicków. Nie bardzo mi się to uśmiechało, a już szczególnie pomysł z jazdą terenową, bo mamy jesień, często pada, więc teren będzie podmokły, a ja nie lubię jeździć po błocie. Tak więc zrezygnowałem z wycieczki i zacząłem szukać dla siebie jakiejś alternatywy. Wszystko wskazywało jednak na to, że i tak wybiorę się na zachód, żeby wracać z wiatrem. Pomyślałem, że odwiedzę Poznań i miejsce, w którym mieszkałem na stancji. Pogadałem z Bobikiem, że mogę się dołączyć do niego w drodze na Osową Górę i gdzieś koło Kórnika pojadę dalej sam. Wyszło jednak na to, że pojedziemy razem na Osową, asfaltami, a rozdzielimy się dopiero dalej, bo Bobiko chciał odwiedzić ponownie nadwarciańskie tereny. Trasę zaplanowaliśmy tak, że po zaliczeniu Osowej ja pojadę do Poznania po wschodniej stronie Warty, drogą, a Bobiko po jej zachodniej stronie, terenowo. Spotkamy się w Poznaniu na Szczepankowie i wrócimy razem do Wrześni. Zaplanowaliśmy wyjazd na 7 rano, ale... prognoza mówiła, że o 8 będzie padać. Szlag... No cóż, wstałem o 6, niebo było w miarę czyste. Przygotowałem prowiant na wyjazd, zjadłem śniadanie i napisałem do Bobika. Teoretycznie powinienem wyjechać z domu o 6:40, żeby być u niego o zaplanowanej 7:00. Tymczasem o 6:40 Bobiko odpisał, że też nie chce mu się jechać i że przekładamy wyjazd na 8, bo za ciemno. Na dworze powoli się rozjaśniało, ale też nadciągnęły z zachodu ciemne chmury. Chyba jednak prognoza się sprawdzi... No ale nic - decyzja jest, że jedziemy. Wyjechałem z domu trochę później niż powinienem, czyli krótko przed 8, bo o 7:30 Bobiko napisał, ze dopiero wstaje i przygotowuje się na wyjazd. O 8:10 byłem u niego, poczekałem chwilę i ruszyliśmy. Niebo tymczasem zaczęło się przejaśniać. Chyba niebezpieczeństwo deszczu minęło. Ruszyliśmy w kierunku Środy Wlkp. Jechaliśmy pod wiatr, a do tego mięśnie nie za bardzo chciały pracować. Na szczęście świeciło słońce i robiło się coraz cieplej.


Przed nami Środa Wlkp.

Wyjechaliśmy ze Środy na drogę w kierunku Słupi Wielkiej i zrobiliśmy przystanek na zdjęcie kurtki, bo temp. podniosła się już do 16 stopni. Niestety, od zachodu znów zaczęły napływać czarne chmury. Ruszyliśmy dalej dość spokojną drogą, z małą ilością samochodów.


Prace na polu


Chyba ktoś o tym zapomniał...


Taka tam piaskownica

Za Bożydarem wyjechaliśmy na trasę Zaniemyśl-Kórnik i jechaliśmy wzdłuż jeziora Bnińskiego, za którym skręciliśmy w lewo, do centrum Bnina, aby ominąć często odwiedzany przez nas Kórnik i ominąć też znaczną część ruchliwej trasy Kórnik-Rogalin. Za Bninem wyjechaliśmy na podobnie ruchliwą trasę 434 Śrem-Kórnik. Na szczęście w planie był tylko krótki odcinek jazdy tą drogą i po chwili zjechaliśmy z niej w lewo na Konarskie. Dalej przejechaliśmy wśród malowniczego, kolorowego lasu, za którym... zaczął padać deszcz.



No nie wierzę - prognoza znów się nie sprawdziła i pogoda zamiast coraz lepszej, robiła się coraz gorsza. Deszcz na chwilę przestał padać. Po drodze Radzewic zobaczyliśmy przed sobą rowerzystę, który dość żwawo sobie poczynał na drodze. Jechał jakimś 28-calowcem na wąskich oponach. Bobiko, gdy go zobaczył, dostał jakichś nadludzkich sił i postanowił pokazać facetowi kto jest szybszy i oddalił się ode mnie na 200 metrów. Ja sobie jechałem spokojnie, ale w końcu też dogoniłem faceta, pozdrowiłem go i pojechałem za Bobikiem. W międzyczasie deszcz zaczął ostro zacinać, więc krótko po wyjeździe na trasę 431 w Świątnikach zatrzymaliśmy się, aby założyć kurtki. Padało już tak, że przez okulary kiepsko było widać. Na szczęście po niedługim czasie przestało padać, jednak droga była już mokra. Minęliśmy Rogalin, następnie Rogalinek i dojechaliśmy do Warty i na moście zatrzymaliśmy się na kilka zdjęć.





Potem krótki odcinek wśród lasów i dojechaliśmy do Mosiny, w której Bobiko chwilę zastanowił się nad trasą, bo mimo że był tu już wcześniej, to szczegółów nie pamiętał. Sprawnie wybrał jednak prawidłową drogę i po chwili znaleźliśmy się na ulicy Pożegowskiej, z której skręciliśmy w ul. Spacerową, która była naszym dzisiejszym celem - słynnym podjazdem na szczyt wzniesienia. Na długości ok. 300-400 metrów teren wznosi się o 55 metrów. Przed takim podjazdem trzeba było zdjąć kurtkę, żeby się nie zapocić. Bobiko oczywiście wydarł do przodu (on chyba ma coś z górala w sobie - co widzi wzniesienie, to przyspiesza), a ja spokojnie ruszyłem sobie pod górę, ale przednia przerzutka się zbuntowała i nie chciała zrzucić łańcucha na najniższe przełożenie. Szlag by ją... W końcu się udało i ruszyłem, a po chwili zobaczyłem parkę na dwóch góralach mknących w dół ze wzniesienia. Pozdrowiliśmy się standardowo i zacząłem walkę z grawitacją. Szkoda, że śniadania nie zjedliśmy wcześniej i czekaliśmy z nim aż do Osowej. Przydałoby się trochę więcej cukru w mięśniach.


Już jestem prawie na szczycie (fot. by Bobiko)

W końcu się udało i dołączyłem do Bobika, po czym ruszyliśmy w stronę wieży widokowej przez kilkudziesięciometrowy odcinek bez asfaltu, a później ścieżką z tłucznia.


To nasz dzisiejszy cel - wieża widokowa

Dojechaliśmy do altanki i rzuciliśmy się na jedzenie, bo obaj byliśmy już mocno głodni. Wieża musiała poczekać.



Założyłem kurtkę, żeby nie zmarznąć w czasie postoju. W międzyczasie rozpadało się na dobre i w momencie gdy szedłem na wieżę (Bobiko został przy rowerach), to już konkretnie lało.


Wchodzę na wieżę


I jestem na szczycie. Ten żółty to Bobiko





...i schodzę na dół

Pstryknąłem parę zdjęć i zszedłem na dół, zaliczając jeden drobny poślizg na mokrych od deszczu stopniach. Teraz na wieżę poszedł Bobiko, a ja usiłowałem wysłać MMS-a do brata.



Gdy Bobiko wrócił uzgodniliśmy, że teraz się rozłączymy - Bobiko pojedzie swoją trasą, a ja, mimo że wcześniej planowałem jechać w stronę Puszczykowa innym zjazdem z Osowej Góry, wrócę tą samą trasą aż do Rogalinka i tam odbiję na północ w kierunku Poznania. Byliśmy świadomi, że trasa Bobika jest dłuższa i trudniejsza i możemy się nie spotkać na Szczepankowie, jednak dopuszczaliśmy możliwość, że poczekam do pół godziny aż Bobiko mnie dogoni.
Tak więc ruszyłem w dół. Droga była mokra, pełna liści, a ja miałem slicki, więc nie mogłem zbytnio szaleć, żeby nie skończyć w lesie na drzewie. Po pokonaniu połowy zjazdu na hamulcu, na drugim odcinku pozwoliłem na swobodne rozpędzenie się rowera, bo było tam bardziej sucho. Przejechałem przez Mosinę i pojechałem na Rogalinek. Po drodze zatrzymałem się na jedno zdjęcie w lasku, a potem kolejny raz na moście, bo tym razem świeciło słońce.



Skręciłem w lewo i po niedługim czasie zobaczyłem ścieżkę rowerową z pięknego asfaltu, więc nie omieszkałem z niej skorzystać. Zatrzymałem się też na niej, przy ławeczce, żeby zdjąć kurtkę. Ruszyłem dalej. Za Sasinowem wjechałem na drogę wśród lasów. Piękne widoki kolorowych drzew. W miejscowości Wiórek zobaczyłem z lewej strony zakole Warty, więc nie omieszkałem zrobić jej kilku zdjęć.




Gdy wjeżdżałem z powrotem na drogę, jechał nią akurat kolejny rowerzysta na góralu. Ruszyłem za nim i prawie do samego Poznania trzymałem się kawałek za nim. W końcu zniknął mi z pola widzenia. Na ulicy Starołęckiej, za skrzyżowaniem z ul. Głuszyna wjechałem na ścieżkę rowerową, zbudowaną z czerwonej niefazowanej kostki, którą bardzo sprawnie dojechałem do zaplanowanego skrętu w prawo za trasą S5 - w ul. Dziedzicką.




Dalej spokojnymi ulicami dojechałem do ul. Pokrzywno, która obudziła moje wspomnienia z czasu studiów, gdy nieraz wracałem nią autobusem z uczelni. Pod trasą Bolesława Krzywoustego dojechałem do skrzyżowania z ulicą Ostrowską, na której jest przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał nasz autobus na Rataje. Znalazłem ulicę Rodawską, przy której nadal stoi dom, w którym mieszkałem. Nic się nie zmieniło.



Znalazłem nawet mały sklepik, w którym się zaopatrywałem 18 lat temu. Pojeździłem po okolicznych ulicach, budząc kolejne wspomnienia...
Skontaktowałem się z Bobikiem, jednak ten był jeszcze daleko, więc ruszyłem ulicą Szczepankowo w kierunku Tulc. W większości piękny asfalt pozwalał na dość sprawną jazdę, tym bardziej, że z wiatrem w plecy. Minąłem Tulce, a kawałek przed Gowarzewem znów zaczęło padać, więc musiałem założyć kurtkę. No i zdjąłem ją przed Siekierkami Wielkimi, nad którymi zobaczyłem dwa samoloty, z czego jeden to chyba Dreamliner.




W Siekierkach wykręciłem na chwilę w lewo, żeby sfotografować kościół widoczny z daleka i wróciłem na trasę do Kostrzyna. Tam, po przejeździe przez centrum, wyjechałem na trasę K92, którą dotarłem do Wrześni, zaliczając po drodze centrum Nekli. Do domu dotarłem około 16:40.


No i czeka mnie czyszczenie rowera...


Rower:Kross Dane wycieczki: 145.32 km (0.50 km teren), czas: 08:52 h, avg:16.39 km/h, prędkość maks: 48.20 km/h
Temperatura:16.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3872 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(2)

#164 | Skorzęcin po zmroku

Środa, 23 października 2013 | dodano: 23.10.2013 Uczestnicy
Dzisiejszy dzień był jeszcze cieplejszy od wczorajszego i to samo zapowiadało się na wieczór. Podobnie jak wczoraj zaproponowałem bobikowi wieczorny wyjazd, tyle że tym razem dłuższy, np. do Skorzęcina. Patrząc na wiatr - południowo-zachodni - była to jedyna sensowna opcja. W takim wypadku do Skoja jechalibyśmy z wiatrem, a z powrotem pod wiatr. Zgodził się i zapowiedział, że podjedzie po mnie po 18. Wyjechaliśmy w okolicach tej godziny i, jako że wiało w plecy, zaczęliśmy ostre kręcenie w stronę Witkowa. Przed Witkowem zrobiliśmy króciutki postój na wymianę baterii w oświetleniu i ruszyliśmy dalej. W tych okolicach zaczęliśmy dostrzegać na niebie światła samolotów - to zapewne zapowiadane jakiś czas temu manewry wojsk polskich i goszczących u nas wojsk amerykańskich.
Jazda była bardzo fajna - o tej godzinie drogi były prawie puste, więc większość trasy jechaliśmy obok siebie całą szerokością jezdni.
Droga dojazdowa do ośrodka, wiodąca przez las, była cała mokra - mimo 20 stopni w dzień asfalt nie zdołał wyschnąć, bo była duża wilgotność powietrza. Pod moimi slickami aż chlupało. W pewnym momencie zobaczyliśmy sarnę na poboczu, zwolniliśmy... ale ona jakoś niespecjalnie nas się przestraszyła. Wolnym, spokojnym krokiem oddaliła się do lasu...
Ok. 19.30 dojechaliśmy do ośrodka i zaczęliśmy od zdjęcia.



Skręciliśmy z głównej alejki na alejkę dojazdową do mola, a tam... grupka młodzieży - trzech chłopaków i dwie dziewczyny grają sobie w piłkę. Heh, no to ci dopiero jaja... ;)
Na molo zrobiliśmy kilka zdjęć i kilka minut po 20 zwinęliśmy się i ruszyliśmy w kierunku Wrześni.


Odpoczywamy sobie






Kuba próbuje zrobić zdjęcie

Czekała nas teraz jazda pod wiatr. Poczuliśmy go dopiero za lasem, na otwartej przestrzeni. Zaraz za lasem spostrzegliśmy znów światła na niebie. Ależ tam było tych samolotów. Światełka za światełkami. Jakiś kilometr czy dwa za wsią Skorzęcin spojrzeliśmy na niebo... i zobaczyliśmy zbliżające się do nas obiekty na niebie. Zatrzymaliśmy się i idealnie nad naszymi głowami przeleciały 3 wojskowe maszyny, oświetlone jak choinki. Trudno było dostrzec typ samolotu, bo niebo czarne, z pewnością jednak nie były to te standardowe transportowce, które od dłuższego czasu kręcą się nad Powidzem. Pojechaliśmy dalej i czuliśmy jakby z każdą chwilą wiatr się wzmagał. Minęliśmy Witkowo, potem kolejne wioski po drodze, a 11 km przed Wrześnią... zaczęło padać. Początkowo ledwo wyczuwalne kropelki przerodziły się w deszcz, który prawie całkiem zmoczył nawierzchnię. Kuba żałował, że nie wziął błotników, ale na szczęście przed Gutowem przestało padać. Przed Wrześnią musieliśmy poczekać chwilę na zamkniętym przejeździe kolejowym, po czym już bez przeszkód i bez przygód dojechaliśmy do domu.
Rower:Kross Dane wycieczki: 62.51 km (0.00 km teren), czas: 03:22 h, avg:18.57 km/h, prędkość maks: 41.30 km/h
Temperatura:16.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1665 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(1)

#163 | Trójkąt po zmroku

Wtorek, 22 października 2013 | dodano: 22.10.2013 Uczestnicy
Namówiłem dzisiaj Kubę na śmiganie po zmroku. O 19 spotkaliśmy się na tamie nad zalewem i ruszyliśmy w kierunku Czerniejewa. Miałem plan popatrzeć na wieczorne niebo w poszukiwaniu Orionidów. Przejechaliśmy przez Czerniejewo z króciutkim przystankiem na przywdzianie opasek odblaskowych na rękawy i jedziemy dalej, by zatrzymać się w szczerym polu za Czerniejewem, jeszcze przed lasem, gdzie są dość dobre warunki do obserwacji nieba. Z 10 minut obserwowaliśmy i nic - ani sztuki meteoru... Za to zobaczyliśmy wschód księżyca - bardzo ładny, pomarańczowy. Mimo że wieczór był dość ciepły - 14 stopni - to takie stanie trochę nas ochłodziło, więc ruszyliśmy dalej. W Nekli przejazd przez centrum i śmigamy dalej trasą K92, poboczem, do Wrześni. W Zasutowie przed skrzyżowaniem z sygnalizacją wyprzedził nas TIR i zatrzymał sie na czerwonym świetle. Gdy do niego dojechaliśmy to światło zmieniło się na zielone, więc ruszyłem za nim, jakiś metr czy dwa za jego naczepą i rozkulałem się tak za nim do 50 km/h. Więcej już nie mogłem.
Dojechaliśmy do Wrześni, zatrzymaliśmy się jeszcze chwilę w Psarach, żeby spojrzeć na niego, ale efekt był taki sam, jak poprzednio. We Wrześni pojechaliśmy na rynek i tam się rozstaliśmy.
Rower:Kross Dane wycieczki: 37.77 km (0.00 km teren), czas: 02:13 h, avg:17.04 km/h, prędkość maks: 50.60 km/h
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1006 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)